Ciekawe opowieści nt. Sosnowca

Wszystko co dotyczy historii naszej dzielnicy

Ciekawe opowieści nt. Sosnowca

Postprzez admin w 02 Sty 2010, 15:36

komentarze pochodzą ze strony
http://poznaj.sosnowiec.pl/content/view/208/33/

poczytajcie komentarze p. Maszczyka! aż dziwne, że nikt wcześniej nie słyszał o tej kopalni wiedzy

Komentarze
Gość | 2009-01-24 19:16:52
aż miło popatrzyć na te stare pocztówki

Gość | 2009-01-28 23:05:43
te pocztówki są piękne szczególnie ta z ulicą Narutowicza

Gość | 2009-02-07 19:03:35
kocham Sosnowiec na starej fotografii

Samo_Zuo | 2009-02-10 15:17:20
no przepiekne. poza tym dobrze wiedziec jak kiedys wygladal sosnowiec. Ładniejszy byl niz obecny.

Janusz Maszczyk | 2009-02-20 19:11:37
Utrwalony widok na pierwszej pocztówce, z ul.Gampera i katarzyńską hałdą wraz z wielkimi hutniczymi piecami, cząstkowy widok ulicy Staszica oraz całą niemal okolicę, znam wprost doskonale. Tą bowiem trasę pokonywałem wielokrotnie, tysiące razy, gdyż moi kochani dziadkowie, rodzice mojej mamy, jeszcze przed pierwszą połową XIX wieku zamieszkiwali w tych właśnie stronach, później aż do śmierci mieszkali na „Osiedlu Katarzyna” (babcia do roku 1965). Tu urodziła się też moja mama i jej 4. osobowe rodzeństwo. Dziadziuś był niemal od zarania pracownikiem Fabryki Katarzyna, stąd krwawe zamieszki z 1905 roku znam z autopsji najbliższych. Z uwagi na ograniczone możliwości tekstowe, może więc tylko zasygnalizuję, że w wielu przypadkach absolutnie nie pokrywają się z prezentowaną oficjalnie wersją po 1945 roku. Dzisiaj wielu mieszkańców Sosnowca już nie pamięta, ale na Osiedlu Katarzyna w okresie Powstań Śląskich mieściły się kwatery i stołówki. gdzie goszczono z ogromnym wprost uznaniem i zaszczytem naszych braci Ślązaków, którzy musieli opuścić swe strony. Jedną z sosnowieckich przewodniczek i opiekunek Powstańców Śląskich, niekiedy i ich rodzin, od granicznej wówczas rzeki Brynicy, aż do Osiedla Katarzyna była wówczas też moja mama – Stefania Maszczyk.

Zarówno same klepiskowe ulice Gampera i Staszica jak i otaczająca je zewsząd infrastruktura trwały w swej niezmienionej krasie niemal jeszcze od czasów zaborów carskich. Dopiero w okresie II Rzeczpospolitej ulicę Staszica pokryto nieforemną kostką granitową, t. zw. „kocimi łbami”. Natomiast ulicę Gampera jeszcze po II Wojnie Światowej pokonywało się w tumanach kurzu, a w dni gdy „lało jak z cebra”, całą prawie jej szerokość zalegały liczne bajora brudnej deszczowej wody. Po lewej stronie, patrząc na prezentowaną pocztówkę, w zasadzie wiódł już typowy sosnowiecki chodnik, ale nieregularne wielkie betonowe płyty, były tak niestabilnie ułożone, że trzeba było zręcznie po nich stąpać, by nie zamoczyć sobie ubrania.

Do podnóża hałdy żużel wielkopiecowy początkowo transportowany był konno z katarzyńskiej fabryki w malutkich wywrotowych wagonikach, potocznie określanych jako „koleby”. Później, już po 1945 roku, wagoniki popychała, a nie ciągnęła, parowa lokomotywka, zwana „ciuchcią”. Z podnóża hałdy zaczepione za linę wagoniki transportowano po specjalnych szynach (widoczne na pocztówce), aż na sam jej szczyt. Na szczycie wagonik w wyniku zainstalowanej specjalnej konstrukcji przechylał się na jedną lub drugą stronę opróżniając swe wnętrze z żużla wielkopiecowego. W miarę jak rosła hałda, uzupełniano o kolejna partię wiodące na szczyt szyny. Konstrukcja była prosta i skuteczna. Wagoniki podobnie jak w kolejce linowej na Gubałówkę mijały się w połowie stopniowo usypywanej „góry”. I tak gdy jeden wagonik jechał do góry, to drugi w tym samym czasie już opróżniony zjeżdżał w dół. Transport wagonikowy poprzez ulicę Staszica, od niepamiętnych czasów, cały czas był dozorowany przez specjalnego „dróżnika”, który miał swą siedzibę w „domku dróżnika”, tuż, tuż przy murach fabrycznych. A ulica Staszica w miarę upływu lat stawała się wyjątkowo coraz ruchliwsza. Przybywało nie tylko pojazdów konnych i mechanicznych (samochody i tramwaj), ale i pieszych, zarówno okolicznych mieszkańców jak i pracowników fabryki. Z upływem lat hałda rosła, rosła i rosła, i była widoczna nawet z odległych okolic Sosnowca. Bywałem na jej szczycie wielokrotnie, nawet wraz z kolegami klasowymi ze „Staszica”. Dzisiaj mniej więcej na jej miejscu postawiono supermarket.

Nie remontowane, pozostawione „same sobie”, zabytkowe z XIX wieku fabryczne zabudowania, ulegają stopniowej i widocznej dewastacji. Jak na ironię w 2007 roku, runął nawet historyczny budyneczek - portiernia, na którym zawieszone były tablice pamiątkowe dotyczące 1905 roku. Bramę, przez, którą wdarli się na teren fabryki strajkujący pracownicy w 1905 roku, już po 1945 roku partacko „zrekonstruowano”. Oczywiście w majestacie urbanistycznego prawa. Jeszcze się jakoś oparł bezduszności urbanistycznej zabytkowy wysoki budynek zakładowej straży pożarnej. Ale i jego zabytkowe dni są już chyba policzone. Również zabytkowe Osiedle Katarzyna jest w opłakanym stanie, gdyż od wielu, wielu, wielu lat nie jest objęte renowacją. Dokonywane są tylko powierzchowne remonty.
To tyle w ogromnym skrócie.


Janusz Maszczyk | 2009-02-20 20:04:24
Przepraszam za błąd. W trzeciej linijce zamiast: - „jeszcze przed pierwszą połową”. Ma być: - „już w drugiej połowie XIX wieku”. Bardzo przepraszam za oczywisty błąd.

Gość | 2009-02-22 09:41:41
panie januszu prosze o wiecej komentarzy o naszym miescie:)

Janusz Maszczyk | 2009-02-22 18:21:39
Nawiązując do prezentowanego zdjęcia „Sosnowiec, ul. Renardowska” (później Sielecka). Z tą wiekową już dzielnicą – Sielec - którą też doskonale poznałem, gdyż sąsiaduje z moją Pogonią, kojarzą się wypadki jakie miały tu miejsce 57 lat temu. Wówczas nie znałem aż tylu szczegółów co dzisiaj.
Rozkazem Naczelnego Wodza z 14 lutego 1942 r. Związek Walki Zbrojnej przemianowano na Armie Krajową. Praktycznie w Okręgu Śląskim ZWZ, do którego należało też Zagłębie Dąbrowskie, nazwę tą jednak oficjalnie wprowadzono dopiero w sierpniu 1942 roku. W poprzedzającym ten termin okresie, bo już w maju 1943r., w inspektoracie sosnowieckim, podobnie jak i katowickim, doszło do licznych aresztowań członków Armii Krajowej ( w katowickim nastąpiły miesiąc później). Aresztowania były możliwe na skutek konfidenckich donosów do niemieckiej policji Gestapo. Potencjalnymi konfidentami mogli być tylko osobnicy znający doskonale język polski oraz lokalne tradycje społeczne, kulturalne, itp. ,ludzie, którzy zakradli się do szeregów ZWZ i AK. Do wyjątkowych aresztowań w inspektoracie sosnowieckim doszło w nocy z 27 na 28 maja 1942 roku. Jak wspomina to niezwykle kompetentny w tym temacie Juliusz Niekrasz („Z dziejów AK na Śląsku), członek ZWZ i AK (psed.:”Kaptur”,”Łęczyc”,”Olgierd”) i sędzia Wojskowego Sądu Specjalnego Okręgu Śląskiego AK (od czerwca 1943) konfident donoszący do Gestapo, przynajmniej do roku 1985 pozostawał nieznany. Przypuszczam, że i dzisiejsze spekulacje na temat tego łajdaka są więc tylko formą pobudzenia społecznej sensacji. W tym feralnym dniu ujęty został Inspektor Sosnowiecki, mjr art. Roman Kałuziński (psed.:”Burza”; po bestialskim śledztwie został stracony w Auschwitz w dniu 1 czerwca 1943r.) ponadto Szef Oddziału I Sztabu Okręgowego, inż. Tadeusz Popiel (psed.:”Lont”) i wielu, wielu też innych członków ZWZ. W wyniku przesłuchania wielu stracono już 4 lipca 1942 roku. Doskonale zorientowane w temacie konspiracyjnym Gestapo dokonało też w Sosnowcu licznych aresztowań kobiet.
Wyjątkowo szczególnie okrutny los dotknął rodzinę Binków, mieszkańców Sielca, gdzie mieściła się siedziba Sztabu Inspektoratu Sosnowiec. Mimo ostrzeżenia przez por. Kazimierza Patello o dokonywanych masowych aresztowaniach i grożącym im śmiertelnym niebezpieczeństwie, siostry pozostały nadal w pomieszczeniach. Następnej nocy Bronisława i Zofia Binka zostały aresztowane, a w dniu 4 maja zgilotynowane w katowickim wiezieniu przy ul. Mikołowskiej. W więzieniu tym podczas okupacji niemieckiej podobno zgilotynowano około 800 osób (podobno istnieje „gdzieś” imienna lista zgilotynowanych ?!), w tym większość Ślązaków, członków ZWZ i AK. Warto przypomnieć, że Bronisława i Zofia będące też członkami Związku Orła Białego już wcześniej uniknęły aresztowania i pewnej śmierci. Jej bratu Władysławowi udało się zbiec. Został jednak później ujęty i stracony w Auschwitz. Trzecia siostra Stanisława uniknęła aresztowania dzięki temu, że jako kurierka opuściła te pomieszczenia i udała się już wcześniej do Żywca. Kilkanaście słów warto też poświęcić wymienionemu por. K. Patello. Pochodził z zasłużonej dla polskości rodziny włoskich Powstańców Styczniowych z 1863 roku. Jedna rodzina wywodząca się z tych włoskich potomków mieszkała też przy Pl. Kościuszki w Sosnowcu. Była to wyjątkowo zacna, inteligentna i kulturalna rodzina, całkowicie już spolszczona i tak niezwykle patriotyczna, że mogłaby posłużyć jako narodowo – patriotyczny wzór polskości. Nota bene, Szanowny Pan P. pracował kilka lat z moi ojcem w Fabryce Hulczyńskiego.
I już na samo zakończenie w ogromnym myślowym skrócie. Niektórzy młodzi internetowi pasjonaci, dzieje nurtu narodowo - patriotycznego i ideowość Armii Krajowej traktują niczym pingpongowy, bajkowy epizod. Stąd dowolność i różnorodność interpretacji ideałów i celów AK. Warto więc chociaż w ogromnym skrócie przypomnieć, że AK była organizacją wybitnie patriotyczną i Narodową, a głównym jej celem było scalanie, a nie judzenie i antagonizowanie społeczeństwa, by kiedyś powstała jednolita Wolna i Niepodległa Ojczyzna - POLSKA.




Janusz Maszczyk | 2009-02-27 11:35:21
Prezentowana pocztówka pt.:- „Sosnowiec – ul. Renardowska” wzbudza we mnie wiele wspomnień i refleksji, niewątpliwie pobudza też i moją wrażliwość, nie tylko z lat dziecięcych ale i młodzieńczych. O ile Szanowni Internauci pozwolą to chociaż fragmentarycznie, z uwagi na ograniczone możliwości tekstowe, podzielę się tymi sentymentalnymi wspomnieniami. Otóż !

W zasadzie prezentowany na pocztówce widok Sielca na przestrzeni długich lat, bowiem od 1914 roku do przynajmniej końca lat 50. XX w., nie uległ aż tak wielkim zmianom. Tylko w okresie II Rzeczpospolitej, a konkretnie w 1934 roku, „pociągnięto” z lewej strony, kosztem chodnika, jedną nitkę linii tramwajowej z Konstantynowa do ul. 1 Maja. W ten prosty, nie wyrafinowany sposób, mieszkańcy odległych okolic z Środuli, Placu Schoena (Środulka), Konstantynowa i Osiedla Katarzyna uzyskali szybsze połączenie tramwajowe nie tylko z centrum Sosnowca ale i z dalekimi Milowicami, gdyż od 1933 roku istniało już połączenie tramwajowe pomiędzy Gilowicami, a ul. 1 Maja. W tym okresie pokryto też widoczną klepiskowa nawierzchnię tzw. „kocimi łbami”. Dzisiaj wielu mieszkańców już nie pamięta ale renardowscy właściciele kopalni byli też właścicielami największego w Sosnowcu majątku ziemskiego.
W 1836 roku Sielec przeszedł na własność Szarloty von Stolberg – Wernigerode, siostrzenicy Ludwika zu Anhalt – Cohen – właściciela pszczyńskiego państwa stanowego. W roku 1856 Sielec wykupił hrabia Jan Renard ( jego ojciec Andrzej Renard był właścicielem ogromnych dóbr ziemskich na Opolszczyźnie), który oprócz kopalni i fabryki dysponował też ogromnymi połaciami ziemskimi. Otóż właśnie w Sielcu (trochę szczegółów za chwilę) hr. Jan Renard zlokalizował ogromny dwór, po jego śmierci w 1874 roku dwór odziedziczyła jego najbliższa rodzina, tworząc tzw. „Gwarectwo hr. Renarda” , po 1945 roku dwór wraz ogromnymi zasobami rolnymi przejęła na własność KWK. „Sosnowiec”. Kopalnia węgla, co dzisiaj może wzbudzać, delikatnie tylko określając – zdziwienie (!?) – tym majątkiem ziemskim, zwanym „PGR Sielec” dysponowała co najmniej aż do końca lat 60. XX w. Może tylko jeszcze wspomnę, że zabudowania dworskie pamiętam doskonale, gdyż jako malec wraz z ojcem lub mamą chodziłem tam po mleko, gdyż zatrudnieni tam weterynarze gwarantowali bezpieczeństwo przed zarazkami gruźlicy, wówczas choroby nieuleczalnej. Dopiero penicylina milionom ludzi darowała długie lata życia.

Po prawej stronie (cały czas patrząc na pocztówkę) mieściła się kiedyś duża, solidna, drewniana brama, a za nią opisywany fragmentarycznie ogromny „dwór renardowski”. Wzdłuż dzisiejszej prostopadłej drogi ciągnącej się od Zamku Sieleckiego, po jej dwóch stronach, usytuowane były ogromne wielofunkcyjne zabudowania dworskie, na które składały się ogromne: stajnie, obory, chlewiki, kurniki, powozownie ( na bryczki, powozy, karety, itp.) oraz domy mieszkalne dla bardziej znaczącej kadry dworskiej. Wszystkie zabudowania wznoszone były z kamienia wapiennego ( renardowskie kamieniołomy mieściły się na Pekinie) i modnej wówczas cegły, koloru brązowawo – czerwonego. Te liczne budowle, wiele przepięknych, otoczone były urokliwymi murkami kamiennymi, częściowo też murkiem wraz z palisadą drewnianą oraz żelazną lub murem ceglastym i wraz z innymi zabudowaniami renardowskimi rozlokowane były od widocznego zakrętu aż poprzez nieistniejące dzisiaj ulice: Piekarską, Parkową i Browarną, aż niemal do samej rzeki Czarnej Przemszy, przy Pl. Kościuszki. Po lewej natomiast stronie, tuż za widocznym kamiennym murem oraz przebiegającą tam wówczas kopalnianą bocznicą kolejową i torami wiodącymi do trasy ogólnopolskiej Katowice – Warszawa ( połączenie przy ul. Chemicznej) mieściły się szeregowe, przyklejone niemal do ziemi domki fornalskie. To prawdopodobnie obok właśnie tych domków a dalej już tylko renardowską dworską drogą (dzisiejszą ul. Kombajnistów), w 1905 roku, carska tajna policja zwana „Ochraną”, przewoziła skrycie na cmentarz w Zagórzu zamordowanych na terenie fabryki Polaków.
Korzystając z okazji. Pochowani w Zagórzu Polacy nie zostali nigdy ekshumowani stąd tak wielkie rozbieżności w podręcznikach historii, co do ilości zabitych. Występują nawet rażące pomyłki w imionach i nazwiskach wyrytych na płycie cmentarnej i na płycie, która kiedyś była zawieszona przy historycznej katarzyńskiej hutniczej portierni.
Powracając jednak do renardowskiego dworu. W pobliżu cmentarza pekińskiego, a raczej ciut, ciut niżej idąc teraz w stronę kopalni, na dzisiejszych ogródkach działkowych, w pobliżu dzisiejszej ul. Kukułki usytuowane były ogromne dworskie stodoły oraz zabudowania na sprzęt i maszyny rolnicze. Dookoła zaś rozciągały się bezkresne renardowskie uprawne pola, a większość biegnących tam wówczas dróg i dróżek wysadzona była po obydwu stronach drzewami owocowymi – wiśniowymi. Sceneria kolorystyczna była szczególnie wyjątkowa w okresie wiosennym, gdy kwiatami pokryły się wszystkie drzewa.
Takim widokiem można było nasyć romantyczne oczy nawet do końca lat 50. XX w. Później wszystkie wycięto !?
To tyle komentarza, w ogromnym, ogromnym powierzchownym skrócie…..


Janusz Maszczyk | 2009-02-27 11:44:57
Przepraszam ale w tekście zakradła się niezawiniona przez autora pomyłka. Prawdopodobnie komputer sam automatycznie przestawia pewne litery.
Zamiast: - „Gilowicami”.
Ma być: - „Milowicami”
Bardzo, bardzo ale to bardzo przepraszam…..


gosia | 2009-03-26 21:47:04
ja chcialabym sie dowiedziec cos o pochodzeniu nazw tych ulic...

Iwona | 2009-03-28 17:38:21
Panie Januszu! Wspaniale Pan pisze o dawnym Sosnowcu. Powinien Pan swoją wiedzę dalej prezentować w tym portalu. Na pewno znajdzie się wielu "czytaczy", dla których dawny Sosnowiec jest bardziej interesujący niż obecny. Jeżeli jeszcze Pan zna jakieś ciekawostki proszę pisać, pisać i pisać. A może coś o okolicach Dworca Południowego i ul. Wspólnej.......

Janusz Maszczyk | 2009-03-30 15:19:37
Szanowna Pani Iwono !

Już na wstępie serdecznie ale to bardzo serdecznie Szanowna Panią pozdrawiam i bardzo dziękuję za pochwały. Może to już starość, a może próżność, która podobno tkwi w każdym niemal człowieku, ale te ciepłe słowa, bardzo mile przyjąłem. Bardzo się też cieszę, że tak krótkimi tekstami, wymuszonymi przez przekaz internetowy, mogłem chociaż w zarysie przypomnieć pewne fragmenty nie istniejącego już dzisiaj mojego Sosnowca. Z sosnowieckim Dworcem Południowym związanych jest bardzo wiele ciekawych historii. Niestety większość dotyczy losów związanych z moją rodziną.

Może przy okazji wspomnę, że moja mama będąc przedwojenną dyplomowaną nauczycielką publicznych i niepublicznych szkół podstawowych, była też etatową w czasach II Rzeczpospolitej katechetką. Uczyła między innymi też w dzisiejszej Szkole Podstawowej nr 4 przy ul. Kościelnej.

Była też nauczycielką w żydowskiej szkole wyznaniowej w okolicach ul. Dęblińskiej, gdzie nauczała języka polskiego. Jako jedyna chyba nauczycielka nie tylko z Sosnowca ale nawet z Zagłębia Dąbrowskiego przeżyła krwawą okupację niemiecką i zmarła naturalną śmiercią dopiero w 1996 roku. O tym nieprawdopodobnym fakcie nauki polskiej katechetki, w żydowskiej szkole wyznaniowej, wiedzieli po 1945 roku Polacy i Żydzi. Przynajmniej Ci z otoczenia naszej rodziny. Wiedzieli też i inni…..ale to już dłuższy temat. I nikt „kto jak żyje” nawet się tym nie zainteresował……………Po prostu nikt !

Bardzo chętnie przekazuję wszelkie wiadomości o moim kochanym Sosnowcu, gdyż tam zostało moje serce.
Bardzo Szanowną Panią przepraszam za skróty tekstowe. Mam wiele pomysłów i gotowych niemal tekstów o Sosnowcu, ale to wymaga czasu i skupienia. Niestety dzisiejszy kapitalizm nam zaaplikował takie czasy, że muszę do emerytury dorabiać malarstwem…….Zapraszam do mojego portalu - www.wobiektywie2008.republika.pl – gdzie prezentuję cząstkę mych prac malarskich.

O ile tylko trochę zyskam wolnego czasu, to przyrzekam, iż znowu powrócę, do tematyki sosnowieckiej. Niestety chwilowo muszę „zawiesić” moje komentarze o Sosnowcu.




anna | 2009-04-23 14:32:02
Panie Januszu! dziękuję za przywołanie wspomnień. Nie wspomniał Pan jednak o ul. Zamkowj. Pan idąc z Mamą po mleko do "dworu" od strony Katarzyny musiał iść schodami w dól i przejśc przez plac obok kamienicy na ul. Zamkowej. Tutaj, w dzielnicy Nowy Sielec upłynęly moje dzieciństwo i młodość. Jak mówiono dawniej, mieszkałam "we dworze". Pamietam zabudowania dworskie, ogród gdzie z babcią byłam na dożynkach, browar( to juz troche dalej obok kościoła), stare powozy, staw w parku sieleckim, pożar stodoły. Co zostało z tych dawnych budynków i budowli? Zamek sielecki przetrwa.żal co będzie z elektrownią kopalnianą.
pozdrawiam serdecznie.
anna

Janusz Maszczyk | 2009-04-23 16:27:30
Szanowna Pani Aniu, bardzo serdecznie przepraszam ale ja mieszkałem od urodzenia w budynkach osiedlowych Fabryki Huldschynsky, przy Placu Kościuszki. Moja najkrótsza więc droga do „Renardowskiego dworu” wiodła poprzez bardzo szeroki drewniany most, który był zawieszony nad rzeką Czarna Przemszą (obecny jest już trzecim lub czwartym z kolei), dalej ul. Browarną (po lewej browar i fabryka sztucznego lodu; po prawej kościółek parafialny), dalej ul. Parkową (po lewej urzędniczy budynek renardowski – stoi do dzisiaj; z kamienia wapiennego mur (część zachowała się do dzisiaj) i narożny z tego samego kamienia dwupiętrowy budynek; a po prawej stronie ciągnął się częściowo kamienny mur, później parkan na podmurówce, brama i furtka kościelna, a później aż do bramy parkowej, wysoki z desek płot), dalsza trasa to ul. Piekarska, a później to już w dół (obok szyn tramwajowych) ul. Renardowską ( później chyba ul. Sielecka). A stamtąd już poprzez furtkę w bramie dworskiej do „Renardowskiego dworu”. Opisaną trasę podałem w ogromnym skrócie.
Istniała też możliwość pokonania tej trasy na skróty:
Przy końcu ul. Piekarskiej, tuż przy wiadukcie kolejowym była furtka w murze i po pokonaniu wielu schodów też można była dostać się do „Renardowskiego dworu”.

Korzystając z okazji. Na wielkim terenie zabudowań dworskich, w okolicy z XIX w. szkoły (stoi do dzisiaj ale ulega już przeróbce; część pięknej starej zabytkowej cegły nowy właściciel pokrył już „fachowo” ordynarnym tynkiem, a tynk częściowo zamalował farbą – wizyta w 2007) w jednym z budynków (stoi do dzisiaj) mieszkał mój kochany przyjaciel Jacuś P (niestety już nie żyje).
Natomiast w okolicach schodów, w stojących tam budynkach mój brat przyjaźnił się z kilkoma kolegami. To tak, w sentymentalnym pośpiechu wspomnień.

Bardzo serdecznie Panią pozdrawiam. Bardzo……..

PS.
Moje związki z Katarzyną polegały na tym, że cała rodzina ze strony mojej mamy, żyła w tych okolicach od pokoleń, a później zamieszkali tam jako jedni z pierwszych lokatorów w miarę jak zabudowywano to fabryczne osiedle. Ale to są już tak odległe czasy, że wielu Sosnowiczan oryginalnej zabudowy i tych ciągów ulicznych już nie pamięta.

Odnośnie uliczki Zamkowej. Ta uliczka była wówczas poza w/wymienionym ciągiem ulic. Leżała już na terenach dworskich i ciągnęła się mniej więcej wzdłuż wyburzonego pięknego muru, który okalał „Renardowski dwór” od strony parku. Przynajmniej do pierwszych lat 60. XX wieku.
Jeszcze raz bardzo serdecznie Szanowną Panią pozdrawiam.


Janusz Maszczyk | 2009-04-23 16:53:05
Pisząc w pośpiechu, bez fachowej korekty, użyłem pewnie zbyt dużych skrótów myślowych. Po prostu dawna ulica Renardowska, później była zwana Sielecką i ciągnęła się od krzyżówki ulic: Staszica i Piekarskie (dosłownie od wiaduktu kolejowego, który był umiejscowiony nad renardowskim (XIX w.) kolejowym głębokim przekopem (ciągnął się niemal od samej kopalni hr. Renarda; konkretnie od ostatniego zakrętu ulicy Renardowskiej). Bardzo, bardzo przepraszam za chaotyczne, niedopracowane skróty myślowe; tych szkolnych pomyłek zawsze się bardzo wstydzę.

anna | 2009-04-27 19:46:52
Panie Januszu o jakich skrótach myslowych i pomyłkach Pan pisze!. Jestem oczarowana Pana pamięcią.Tym bardziej, że przywołane przez Pana ulice to te po których sama chodziłam. Ja pewno młodsza ( rocznik 1948) a tak dobrze wszystkiego nie pamiętam. Ulicą piekarską chodziłam do kościółka. A po mszy biegłyśmy do kina momus na poranek. Trochę skracałyśmy uczestnictwo na mszy, aby kupić bilety do loży. Cudowne kino.
W budynkach na ul. Kościuszki mieszkali moi koledzy z liceum ( roździeński) Witek J. i Andrzej R. A`ta furtka w murze przy wiadukcie to właśnie zejście na schody prowadzące na podwórko mojej kamienicy.
Tak sobie myslę, że gdybysmy w kilka osób zaczęli wspominać otworzyłyby się nasze "dyski".Pana ul. Kościuszki i dalej Pogoń zachowały starą zabudowę. Z Nowego i Starego Sielca prawie nic nie zostało. Więc znacznie trudniej jest wspominać. Jedynie stare zdjęcia pomagają.
serdecznie pozdrawiam
anna

Kasia | 2009-06-17 04:55:44
Witam!mam prośbe,mieszkałam kiedyś na Katarzynie przy ul.Szewczyka 4.Budynek ten starsi mieszkańcy nazywali SZKOPEK.Podobno wiele lat temu była tam szkoła lub szpital.Podobno też budynek ten jest zabytkiem.Bardzo mnie to interesuje,lecz nie moge nigdzie znalezć informacji na temat Szkopka.bardzo pana proszę o jakiekolwiek informacje na ten temat.Z góry dziękuje

Janusz Maszczyk | 2009-06-17 15:53:54
Szanowna Pani Kasiu.
Bardzo serdecznie przepraszam, ale ul. J.Szwczyka była zawsze odkąd tylko sięgam pamięcią właściwie ulicą graniczną oddzielającą Osiedle Katarzyna od Konstantynowa. Administracyjnie przypisana była tylko do Konstantynowa. Jeszcze nie tak dawno temu, bowiem gdzieś około 2004 roku tą ulicę jeszcze z zabytkowym ceglastym murem (koniec XIX w. lub najdalej początek XX w.) i mniej więcej z tych samych lat utwardzonym poboczem chodnika (tłuczeń z kamienia wapiennego – charakterystyczny w dawnej zabudowie sosnowieckich chodników i ulic) utrwaliłem na zdjęciu. Dzisiaj już ten mur nie istnieje !? Fragment tej starej konstantynowskiej ulicy utrwaliłem na zdjęciu, które prezentuję na moim zagubionym w Internecie portalu www.wobiektywie2008.republika.pl. Ten ceglasty mur pamiętający jeszcze czasy bitewnej zawieruchy na dziedzińcu fabrycznym Huty Katarzyna (1905 roku) oddzielał teren dawnej Huty Katarzyna i stożkową, białą niczym śnieg hałdę katarzyńską od ulicy Szewczyka. Prawdopodobnie ta ulica w okresie II Rzeczpospolitej nazywała się „Perla”. Bardzo Szanowna Panią przepraszam, ale jestem w ogromnym kłopocie, gdyż nie posiadam starych planów, a z ulicami Perla i Staszica związany jest niezwykle ciekawy epizod żołnierzy Armii Krajowej z okresu okupacji niemieckiej. Bardzo zresztą tragiczny, którego nie mogę opisać, gdyż nie jestem pewny w 100% co do jej lokalizacji.
Z tą ulicą i okolicą, idąc jednak trochę dalej i głębiej w jej „czeluście”, jestem ogromnie związany uczuciowo.
Bowiem w malutkich przytulonych do ziemi domkach abisyńskich mieszkało wielu moich znajomych i kolegów. Wyjątkowo przyzwoitych i porządnych Polaków. Zresztą mieszkańcy tej części Konstantynowa to moi parafianie z malutkiego kościółka ( zresztą dawne też pomieszczenia piwiarne hr. Renarda), który się jeszcze zachował nad rzeką Czarną Przemszą, tuż, tuż przy Placu Kościuszki. Na tym malutkim skrawku ziemi urodził się i mieszkał też przez wiele, wiele lat jeden z najprzystojniejszych i najinteligentniejszych dziennikarzy „Wiadomości Zagłębia” i telewizji Katowice – I.W. Igor był też doskonałym siatkarzem „Czarni” Sosnowiec. Zawsze wspominam Go z ogromnym wzruszeniem. W jednym z tych uroczych malutkich abisyńskich domków mieszkała też bardzo bliska przyjaciółka mojej mamy – też jak mama nauczycielka; w okresie okupacji niemieckiej też prowadziła tajne konspiracyjne nauczanie polskich dzieci).
Szanowna Pani Kasiu z tego co wiem, to jedyna najbliższa w okolicy szkoła podstawowa mieściła się na końcu ul. Staszica – Szkoła Podstawowa nr 16 (pogranicze z Środulą; tam uczyła też moja mama i dwie moje ciocie; ale to już tragiczna historia powojenna, po 1945 roku), trochę bliżej było Liceum ogólnokształcące TPD.
Jedyna przychodnia zdrowia (zabudowa ceglasta [też zabytek ! ] w tej okolicy mieściła się tuż , tuż przy ostatnich ceglastych budynkach Osiedla Katarzyna, przy ul. Staszica (obok dawnego kortu tenisowego i boiska do siatkówki; na tym boisku rozpoczynałem gdzieś pod koniec lat 40. XX wieku moje sportowe boje). Trochę dalej (około 400 – 600 m), też przy ul. Staszica, była jedyna w tej okolicy apteka.
Bardzo serdecznie przepraszam, ale budynku nr 4 przy ul. Szewczyka nie kojarzę na odległość, gdyż od prawie 50 lat mieszkam już w Katowicach. Ponieważ jednak tęsknota do rodzinnych stron nie zna granic, to postaram się udzielić bardziej szczegółowej informacji w najbliższych tygodniach, gdy tylko odwiedzę mój Sosnowiec.
Bardzo serdecznie Szanowną Panią pozdrawiam.


Janusz Maszczyk | 2009-06-18 18:01:02
W uzupełnieniu komentarza o korcie tenisowym i boisku do siatkówki przy Osiedlu Mieszkaniowym Katarzyna.

Przypominam sobie, że gdzieś pod 1948 lub na początku 1949 roku oprócz treningów i gry w koszykówkę w KS.”Stal” – Sosnowiec ( była to filia koszykówki „Stali” Sosnowiec, która mieściła się przy Hucie Sosnowiec; autor posiada oryginalne z nadrukiem firmowym dokumenty), rozpocząłem też treningi i grę w siatkówkę na boisku przy Osiedlu Mieszkaniowym Katarzyna. Ten wyczyn sportowy traktowałem jednak jako uzupełnienie sprawności fizycznej (głównie skoczność) jaka była niezbędna do gry w koszykówkę. Niestety dzisiaj już nie pamiętam pełno brzmiącej nazwy tego klubu sportowego. W tym okresie był to jednak klub zaledwie jednosekcyjny. Administracja tej fabrycznej sekcji i szatnie dla zawodników mieściły się w dawnym harcerskim lokalu, tuż, tuż przy końcowych budynkach Osiedla Katarzyna, od strony Konstantynowa (budynek stoi do dzisiaj). Początkowo te lokale, w malutkim podłużnym osiedlowym budyneczku, użytkowaliśmy wspólnie z 25 drużyną ZHP. Ta fantastyczna katarzyńska harcerska drużyna została jednak już całkowicie unicestwiona pod koniec 1949 roku. Podobnie zresztą jak inne harcerskie drużyny w Polsce oparte jeszcze wówczas organizacyjnie na wzorcach II Rzeczpospolitej. W ich miejsce powstała komunistyczna organizacja młodzieżowa Związek Młodzieży Polskiej (ZMP). Ta nowa organizacja miała jednak tyle wspólnego z patriotyczno – narodowym nurtem wychowania młodzieży polskiej, co stosowane w szkolnictwie „nowoczesne” metody i wzorce makarenowskie. Losy harcerzy potoczyły się różnie, jedni zaprzestali całkowicie z dalszej harcerskiej działalności, ale znałem też takich osobników, którzy podjęli pokrętną grę polityczną z ówczesnymi władzami PRL i całkowicie odeszli od swych młodzieńczych patriotycznych ideałów. Ale ta historia to wymaga już odrębnego komentarza.

To siatkarskie, klepiskowe boisko, usytuowane było, przy ul. Staszica, obok eleganckiego niegdyś osiedlowego kortu tenisowego oraz tuż, tuż obok jedynej w tej okolicy Przychodni Lekarskiej (budynek ceglasty stoi do dzisiaj). Dzisiaj zdemolowane i całkowicie niemal zarosłe trawą straszy już tylko swym wyglądem i zaniedbaniem mieszkańców tej dzielnicy Sosnowca. Z tego klubu sportowego niestety zapamiętałem tylko jedne, jedyne nazwisko mojego serdecznego kiedyś przyjaciela i zawodnika tej sekcji wyczynowej Roberta Glika. Mimo usilnych starań, ku mej rozpaczy, nie mogę jednak nawiązać z nim kontaktu. Mieszkał wówczas podobnie jak moja babcia też w jednym z budynków Osiedla Katarzyna. Niestety inne nazwiska zawodników już wyparowały z mego starczego mózgu.

Tam na klepiskowym boisku poznałem też kochanego i fantastycznego trenera tej sekcji Szanownego Pana Tadeusza Jakubskiego. Człowieka ogromnie kulturalnego i kontaktowego z innymi. Przypominam sobie, że ten nietuzinkowy trener przybył do Sosnowca z jakiegoś innego odległego miasta. Był kontraktowym nauczycielem wychowania fizycznego w jednaj z sosnowieckich szkół, świeżo „upieczonym” absolwentem Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego (której ?). W tamtych Katarzyńskich latach jeszcze sam był sprawnym siatkarzem, namiętnie zresztą rozkochanym w tej dyscyplinie sportu. W późniejszych latach, gdzieś około 1960 roku, zorganizował od podstaw pod patronatem Międzyszkolnego Klubu Sportowego (MKS) grupę młodziutkich, ale już niezwykle sprawnych i skutecznych w grze siatkarskiej uczniów. Początkowo ten pozbierany i „posklejany” z sosnowieckich szkół zespół trenował w sali gimnastycznej przyklejonej do budynku Szkoły Podstawowej nr 22 im. Anieli Urbanowicz w Sosnowcu ( szkoła jest usytuowana na tyłach dzisiejszego sosnowieckiego Ratusza). Kilkakrotnie wtedy też z tymi młodymi graczami grałem towarzysko w tej sali gimnastycznej. Ze względu na znaczną różnicę wieku, duże już doświadczenie sportowe i znakomitą skoczność, znacznie ich wówczas w grze siatkarskiej przewyższałem. Nie przypuszczałem jednak wtedy absolutnie, że ci młodzi chłopcy kiedyś stworzą w Sosnowcu zalążek pierwszoligowej siatkarskiej drużyny. Ten siatkarski zespół w rozgrywkach międzyszkolnych, pod batutą trenerską Szanownego Pana mgr Tadeusza Jakubskiego odnosił tak duże sukcesy, że został wchłonięty przez Milowicki „Płomień”. Kilku z jego wychowanków, między innymi znany też dzisiaj trener kadry narodowej, grali właśnie w KS. „Płomień” w Sosnowcu i to w latach, gdy ten klub osiągał największe sukcesy w Kraju i za granicą.

Dlaczego jednak o tym moim fantastycznym trenerze, a późnie trenerze z MKS Sosnowiec, dzisiaj wspominam ? Ano dlaczego ? Jest mi bowiem jako wieloletniemu sportowcowi, a później trenerowi, ogromnie smutno, że ci jego wychowankowie zupełnie o Nim zapomnieli ! Dlaczego byli jego wychowankowie, a szczególnie były trener kadry narodowej mimo, iż wielokrotnie gościli w telewizji, to nigdy nie wspomnieli komu faktycznie zawdzięczają swą sławę i sportową karierę ? Dlaczego ? Chyba na ten jedyny gest szlachetności i sentymentu, ten zapomniany dzisiaj w Sosnowcu trener, całkowicie sobie zasłużył ?




Gość | 2009-06-28 22:48:08
panie januszu prosze o wiecej

kalinka | 2009-07-12 16:52:54
A ja chciałabym przekazać wyrazy szacunku dla Pana Janusza Maszczyka za wspaniałą polemikę na tym portalu. Pana wypowiedzi czyta się z ogromną przyjemnością i można się dużo od Pana nauczyć. Powtarzam wiadomość w różnych zakładkach tego portalu, ponieważ nie wiem, którą z nich Pan odwiedzi. Serdecznie pozdrawiam :)

Justyna | 2009-07-24 23:35:25
Panie Januszu jestem pod ogromnym wrażeniem Pańskiej wiedzy, a przede wszystkim sposobie jej przekazania. Pańskie komentarze czytam z zaciekawieniem, a opisy są tak wspaniałe, że przy mojej wyobraźni, automatycznie znajduję się w miejscach o których Pan tak pięknie mówi...

Gość | 2009-07-30 13:17:33
dzien dobry. czy ktos z Panstwa moglby napisac obszerniej o obecnej ul. Żytniej na Pogoni, a zwłaszcza o historii budynkow nr 8,10,12 ?

rafał | 2009-08-02 00:42:34
Mam pytanie. W których budynkach za czasów II wojny mieściły sie władze okupacyjne? Znalazłem informacje, jedna z siedzib gestapo była na ulicy Żytniej8 Co w takim razie było w dzisiejszym budynku komendy policji i budynku sądu? Z góry dziękuję za pomoc.

Janusz Maszczyk | 2009-08-03 21:01:43
Bardzo przepraszam, że nie jestem w stanie bardzo precyzyjnie odpowiedzieć na zadane pytania. Przynajmniej już teraz, z oddali z Katowic, gdyż nie kojarzę na Pogoni numerów podanych domów. Odnośnie siedziby sądu i dawnego budynku przedwojennej komendy policji też nie posiadam ścisłych informacji. Odnośnie pytania w których budynkach za czasów II wojny światowej mieściły się władze okupacyjne – patrz niżej.

W dalszym komentarzu użyje skrótów myślowych, gdyż temat jest zbyt obszerny i skomplikowany.

Sosnowiec, podobnie jak Zagłębie Dąbrowskie i Górny Śląsk w okresie okupacji niemieckiej wchodziły w skład III Rzeszy Niemieckiej. Wprawdzie okupacyjne władze niemieckie przywróciły jak przed Powstaniami Śląskimi dawną granicę na rzece Brynicy, ale jako tylko typu policyjnego. Nie posiadała więc w pełni charakteru restrykcyjnego. W kursujących jednak tramwajach pomiędzy Sosnowcem a Katowicami były wagony, ściśle tylko zarezerwowane dla rasy niemieckich panów. Informowały o tym specjalne napisy i tabliczki: „NUR FUR DEUTSCH” ( Tylko dla Niemców). Na terenach wcielonych do III Rzeszy okupant skupił ogromne siły represyjne. Jeszcze tylko jedno istotne wyjaśnienie używając skrótów myślowych. O ile w Sosnowcu na ulicach jeszcze „czuło” się polskość, to na Górnym Śląsku każdy nawet najdrobniejszy przejaw polskości był totalnie i brutalnie zaraz w zarodku likwidowany. Ksiądz wyznania rzymsko-katolickiego, z rodziny mojej żony, który w Świętochłowicach tylko wysłuchał spowiedzi w języku polskim i udzielił błogosławieństwa, został natychmiast w wyniku donosu aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Podaję skróty myślowe.

W Sosnowcu w skład niemieckich sił zbrojnych wchodziły: małe oddziały wojskowe, tzw. pułki strzelców krajowych – Landesschutzen (głównie skupione przy pilnowaniu jeńców alianckich, n.p.: w Klimontowie) i SS, policji (Schupo-Schutzpolizei; stan osobowy = 517), żandarmerii, organizacje paramilitarne (kilku członków z tej organizacji mieszkało przy Pl.Kościuszki) do pomocy policji oraz tajna policja Gestapo i Kripo, i ich bardzo liczni agenci. Używając skrótów myślowych – agentem mógł być dosłownie każdy……….W Sosnowcu podobnie jak w Katowicach i Gliwicach istniało t.zw. Prezydium Policji. Policja podporządkowana była władzom administracyjnym – na jej czele był Nadprezydent Prowincji Górnego Śląska w Katowicach. Istniał też batalion specjalny - Szkoła Konna Policji (patrz mój komentarz w portalu Sz.P. K.Ligęzy – „Park Schoena”). Była też kompania policji rezerwowej w Maczkach – Einsatz-K-do-Rurik, jej stan wynosił 115 policjantów, doskonale przygotowanych do akcji zbrojnych wobec Polaków. Mundurowi Niemcy stacjonowali też w wielu szkołach, np.: w SP nr 16 na Środuli, SP nr 9 przy ul. 3 Maja („Aleksandryjska), itd.,itd.

Niemiecki okupant rozlokowany był w Sosnowcu niemal wszędzie. Dosłownie prawie wszędzie. Proszę uprzejmie jeszcze wziąć pod uwagę niezmiernie ważny aspekt. A mianowicie. Dawne sosnowieckie ulice i dosłownie wszystkie zabudowania, o publicznych to już nawet nie wspominam, stanowiły wówczas jeden wielki prawie niekończący się ciąg ogrodzonych budynków i krzyżujących się uliczek, przez cały niemal dzień dozorowane, a w porze nocnej specjalnie, od 22,00 zamykane na kłodę !!! Oczywiście dotyczy to pojedynczych i zespolonych budynków ( w tym osiedlowych), a nie ulic ! Klucz posiadał tylko stróż !?

Wszyscy Niemcy i Folksdojcze posiadali w mieszkaniach telefony i otrzymali też broń krótką (niektórzy nawet t.zw.”długą”). Przy najmniejszym nawet incydencie, sprzecznym z okupacyjnym restrykcyjnym prawem, o strzelaninie to już nawet nie wspominam, wszyscy posiadacze telefonów zobowiązani byli natychmiast powiadomić policję lub Gestapo. Nie powiadomienie było surowo karalne. Przy Pl. Kościuszki broń posiadali nawet Ukraińcy i korzystali z niej ostrzeliwując uciekających Polaków (ale to już dłuższy temat). Oczywiście, że niektórzy Niemcy też ( sam to widziałem).

Telefony i broń była też w każdej portierni fabrycznej, nawet w malutkim zakładzie pracy (policja specjalna – Werkschutz), na poczcie (policja specjalna – Postschutz) nawet w szpitalach i domkach dróżników (policja specjalna – Bahnschutz), a tych wtedy, dosłownie tylko na trasie Pl. Kościuszki - Plac Schoena było co najmniej kilka. Przy samym tylko Pl. Kościuszki, nawet w mojej klatce schodowej mieszkali Niemcy i Folksdojcze, a tylko jednostki - to Polacy. Ale w okresie wojny to też potencjalne zagrożenie ! Groźny był nawet każdy stróż, a było ich tysiące, gdyż mógł być szpiclem Gestapo, a tacy też niestety byli.

Ucieczka więc ulicami po wykonaniu zadania dywersyjnego, gdy jeszcze doszło do strzelaniny, była niesłychanie trudna, wręcz nawet skomplikowana. Sam tylko Plac Kościuszki stanowił skupisko – „WŁADZY OKUPACYJNEJ”. Absolutnie tym ostatnim stwierdzeniem nie przesadzam. A podobnych skupisk w Sosnowcu było wiele.

Przechodząc jednak do konkretów widzianych teraz z daleka – z Katowic.

Stojąca ładna willa po lewej stronie Domu Kultury „Górnik” ( dzisiaj przejęta przez uczelnię; jaką ?) ) była dosłownie tylko jedną z wielu placówek Gestapo w Sosnowcu; placówka jedno lub dwuosobowa ( w zależności od aresztantów) mieściła się nawet w Hucie Hulczyńskiego, obok Pl. Kościuszki. Ta przy DK.”Górnik” to zamiejscowa placówka katowickiej centrali Gestapo (Staatspoleileitstelle). Ściany i podłogi tej willi przesiąknięte są łzami rozpaczy i polską krwią. W trakcie przesłuchań jakich dokonywało Gestapo w wymienionej willi wielu Polaków z Sosnowca, Zagłębia Dąbrowskiego, po prostu zakatowano. Dantejskie wprost sceny rozgrywały się też na tyłach DK.”Górnik” w sali gimnastycznej. Tam oprawcy z Gestapo wydobywali z polskich więźniów zeznania stosując niezwykle wyrafinowane „ćwiczenia gimnastyczne”. W tej strasznej sali gimnastycznej grałem w koszykówkę wyczynową w GKS „Zagłębie”, w latach 60. XX w. – ale autor o tym wówczas absolutnie nie wiedział, gdyż z przyczyn moralnych odmówiłbym wszelkiej sportowej współpracy.

W budynku róg ulic: Teatralna i J. Piłsudskiego w czasie okupacji było prawdopodobnie Prezydium Policji, oczywiście niemieckiej. Ale nie jestem tego pewny w 100%. To nie było zresztą nigdy przedmiotem mojego szczególnego zainteresowania. Natomiast rodzina moja z pewnych względów raczej unikała kontaktów z innymi i to jeszcze w okolicy, gdzie mieściły się ośrodki represyjne.

W obecnym gmachu sądu, w czasie okupacji niemieckiej mieścił się niemiecki sąd. Czy dosłownie tylko niemiecki sąd ? Ten gmach pełnił też istotną funkcję w zakresie represji wobec Polaków i przypuszczam, że był też powiązany z funkcjonującym obok więzieniem (więcej na ten temat patrz mój komentarz – portal: SonowiecFakty.pl, rubryka: „Niemieckie obozy na terenie Sosnowca”).

I już na zakończenie.

Pragnę zwrócić uwagę na bardzo istotną sprawę, aby wszelkich moich powyższych wypowiedzi jednak nie generalizować. Bowiem w okresie okupacji niemieckiej zdarzały się nieprawdopodobne przypadki, gdyż spotykało się również przyzwoitych Niemców i Folksdojczów. Oczywiści, że takie przypadki były dosłownie tylko pojedyncze. Również nie wszyscy dosłownie Polacy z mojego Placu Kościuszki zachowywali się wtedy godnie i przyzwoicie. Z drugiej jednak strony nie możemy absolutnie drogą statystyki porównywać niemieckich KATÓW i ich polskie ofiary, gdyż to byłaby paranoja. Są to zresztą zagadnienia tak niezmiernie złożone, że nie sposób ich wyjaśnić w tym krótkim komentarzu. Z tego co wiem to przy ul. Przechodniej nr 5 na Pogoni schronienie żołnierzom z Oddziału Rozpoznawczego 23 DP Armii Krajowej udzieliła kobieta, która była Folksdojczem (patrz więcej, mój komentarz w portalu Sz.P. K.Ligęzy „Tablica przy ul. Przechodniej”). Również moja mama parająca się konspiracją jeszcze dodatkowo tajnie organizowała wysyłkę paczek z żywnością do niemieckich oflagów, gdzie byli uwięzieni oficerowie Wojska Polskiego. Byłem osobistym świadkiem jak mama zabierała takie paczki, które przygotowała rodzina niemiecka, która mieszkała przy ulicy Będzińskiej (ten budynek już dzisiaj nie istnieje). To byli też przyzwoici Niemcy.


Janusz Maszczyk | 2009-08-05 11:06:23
Obawiam się, że w powyższym felietonie zastosowałem zbyt duże uproszczenia i skróty myślowe, co dla niektórych, szczególnie ludzi młodych mogą być niezbyt czytelne. Jeden bowiem z internautów, co intuicyjnie tylko wyczuwam jest chyba człowiekiem młodym, stąd trudno od Niego wymagać by poruszał się swobodnie w tamtej odległej już tematyce. Pozwalam więc sobie na drobne uzupełnienie powyższego komentarza.

Sosnowiecka placówka tajnej policji Gestapo w okresie okupacji niemieckiej nie była pod względem organizacyjnym jednostką całkowicie samodzielną. Centrala Gestapo - Staatspolizeileitstelle – mieściła się w Katowicach. Ostatnim szefem katowickiej centrali gestapo był oberstrumbanfuhrer dr Johannes Thummler (od wrzesnia 1943 – stycznia 1945). Pod katowicką centralę podlegało dziewięć zamiejscowych placówek w następujących miastach: Sosnowcu, Chorzowie, Bytomiu, Gliwicach, Pszczynie, Rybniku, Tarnowskich Górach, Zabrzu i Cieszynie. Te z kolei dzieliły się na jeszcze mniejsze jednostki organizacyjne w każdym wymienionym mieście.

Od starszego już ode mnie Sosnowiczanina słyszałem, że nawet w budynku, gdzie mieści się dzisiaj apteka ( skrzyżowanie ulic gen. S. Grota Roweckiego i al.M. Mireckiego) była też komórka gdzie mieściło się Gestapo (ilu ?) i formacja SS (ilu ?).

Mój z kolei rodzony brat opowiadał mi, że nasz bardzo dobry znajomy (niestety już nie żyje) przeszedł przez potworne śledcze piekło w placówce Gestapo przy ul. Żytniej. Zastosowane diabelskie tortury były tak nieprawdopodobne, że doprowadziły Go do trwałego kalectwa.

Wielka szkoda, że sosnowieccy historyce, podobnie jak okres Powstania Styczniowego, zaniedbują w dociekaniu faktów i nie korzystają z bezpośrednich wiadomości od osób starszych, które jeszcze żyją i znają z własnej autopsji okres okupacji niemieckiej w Sosnowcu, a nawet przeszli przez gestapowskie piekło przesłuchań. Oczywiści, że i te informacje wymagają skonfrontowania, gdyż każde osobiste relacje mają charakter subiektywny i mogą być obciążone błędnym.

Serdecznie pozdrawiam.


Janusz Maszczyk | 2009-08-05 11:12:24
Oczywiści w końcówce zakradł się błąd.
Winno być.


….mogą być obciążone błędem.
Serdecznie przepraszm.
Image
Image
Awatar użytkownika
admin
Site Admin
 
Posty: 1500
Dołączenie: 07 Maj 2008, 08:42
Miejscowość: Klimontów

Re: Ciekawe opowieści nt. Sosnowca

Postprzez admin w 02 Sty 2010, 15:37

cd.
rafał | 2009-08-08 09:28:35
dziękuję za informację. Widziałem zdjęcie z czasów okupacji na którym budynek sądu jest otoczony wysokim murem - z kolei we wszystkich źródłach pisze że budynek sądu był w czasie wojny : deutsche haus-em - co to takiego? hotel?

rafał | 2009-08-08 09:28:45
dziękuję za informację. Widziałem zdjęcie z czasów okupacji na którym budynek sądu jest otoczony wysokim murem - z kolei we wszystkich źródłach pisze że budynek sądu był w czasie wojny : deutsche haus-em - co to takiego? hotel?

Janusz Maszczyk | 2009-08-08 17:18:03
Ta piękna, budząca też sentymentalne wspomnienia pocztówka, pt.: „Sosnowiec ul. Nowopogońska” była już prezentowana, ale w zupełnie innej wersji fotograficznej przez jednego z czołowych redaktorów sosnowieckiego portalu, którego też wyjątkowo cenię, a konkretnie to przez Szanownego Pana redaktora Janusza Lewanda. Mimo to ilekroć tylko wertuję Internet i ponownie zobaczę fragmenty tej sentymentalnej ulicy to dosłownie za każdym razem wracają niczym sen niekończące się wspomnienia……..A jest ich niesłychanie wiele. Już jednak na wstępie bardzo wszystkich odwiedzających ten portal przepraszam, o ile komentowane przez autora pewne fragmenciki tych opisów, a nie fragmenty, a to jest jak sądzę istotna różnica, będą się też teraz powielały z tymi, które pozwoliłem sobie już wcześniej przekazać w portalu internetowym Szanownego Pana Janusza Lewanda.

Ta wiekowa uliczka, dawniej na całej swej długości była pokryta stylowymi kamieniami, tak zwanymi „kocimi łbami”, jednak dzisiaj jest już ogromnie zaniedbana, brudna, rozszarpana i przeorana spychaczami, i zalana jak inne tandetnym asfaltem. W wielu miejscach widać rosnącą już dziką roślinność, zalegające stosy ruin i cisnący się w oczy bałagan, i wolne jakby wypalone przez ogień, czy w wyniku nalotów bombowych wielkie niezagospodarowane jej przestrzenie. Z tamtych odległych lat, z tej romantycznej ulicy pozostały niestety już tylko pojedyncze domy i w zasadzie tylko malutki fragmencik dawnej zwartej zabudowy, pomiędzy ul. Racławicką , a ul. Floriańską


Uliczka mego szczęśliwego dzieciństwa, okropnych, krwawych lat okupacji niemieckiej i powojennych lat, pełnych indoktrynacji komunistycznej, fałszu i hipokryzji, gdy już dorastałem……Mimo, że dzisiaj już swym wyglądem absolutnie nie przypomina tamtej, to rozpoznaję tu każdy ocalały fabryczny budynek i prywatne domy, a gdy zamknę oczy, choćby tylko na chwilę, to jestem nawet w stanie przywołać odległe obrazy z mego dzieciństwa. Dosłownie każdy dom, który został już bezmyślnie zburzony, i bajkowe ciągi ceglastych murów, i malutkie domki o spadzistych dachach…….. Widzę nawet uśmiech nie żyjącej już mamy i ojca, i wiecznie ich ciepłe, i opiekuńcze ręce, i niekończące się szeregi znajomych, kolegów i przyjaciół, którzy podobnie jak autor, w ramach „rejonizacji” uczęszczali też do Szkoły Podstawowej nr 9 , tak zwanej „Aleksandryjskiej”………..Niestety ten pobudzony psychiką świat żywych i zmaterializowany, już prawie odszedł w nicość, a pozostała po nim już tylko nie do ogarnięcia pustka………………….

Nie przesadzam absolutnie, gdy wspominam tamte lata, ale kiedyś to faktycznie, ta dzisiaj brudna i pozbawiona licznych domów uliczka była jedną z najciekawszych i najpiękniejszych w Sosnowcu. Drugą podobną, w wystroju architektonicznym ulicą o typowej zabudowie fabrycznej, była ulica Stefana Żeromskiego. Dzisiaj niestety kochany przechodniu już takich romantycznych ulic nie doświadczysz w moim Sosnowcu……. Jej zabudowa prawie w niezmienionej krasie, a szczególnie uchwycona obiektywem aparatu urokliwa przewiązka, jakimś cudem zachowała się jeszcze do końca lat 60. XX wieku.
Właściwie to ciągnęła się niemal od Placu Kościuszki, miejsca mego urodzenia, ale jej niespotykany, urokliwy klimat zaczynał się dopiero od przepięknego kolejowego wiaduktu o unikatowej konstrukcji metalowej i stylistycznych filarach z kamienia wapiennego, po którym biegła trasa Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej. Swym wyglądem przypominała majestatycznego, wijącego się wielkiego węża, lub kanion wtłoczony jakąś tajemną siłą pomiędzy stosunkowo wysokie zabudowania osiedla fabrycznego i budowle fabryczne, by w końcowych swych fragmentach, gdzieś od krzyżówki z dawną boczną uliczką Wodną, przejść już do zabudowy zdecydowanie niższej, ale też urokliwej dla oka, z dominacją jednak już malutkich urokliwych domków, w wystroju kamienno – ceglasto – drewnianym. Zwłaszcza z lewej strony, patrząc na prezentowaną pocztówkę, dosłownie od przecznicy z ulicą Wodną, ciągnęły się ciekawe zabudowania o charakterystycznych podmurówkach kamienno – wapiennych, pełne też wiszących drewnianych galeryjek, piętrzących się drewnianych schodów, stryszków i ciągów komórek, i tajemniczych łukowych przejść. Wśród nich wyróżniały się też malutkie domki o spadzistych dachach krytych czarną jak smoła papą, których zewnętrzne elewacje pokrywał niezwykle ozdobny kamień wapienny. Bowiem kamienia wapiennego i żółtego piasku niczym płomyk kaganka, w moim Sosnowcu było zawsze pod dostatkiem. Czerpany kamień z pobliskich licznych kamieniołomów przez bogaczy i biedaków, swą osobliwą urodę kształtował dopiero pod wpływem opadów deszczu i palącego słońca. To one i patyna przemijających lat, nadawały mu bajecznie kolorowe desenie i wzory, i nikłe wżery oraz pęknięcia, niczym pokryte płótno kolorową farbą przez impresjonistów. Jego bogate pokłady zalegają zresztą do dnia dzisiejszego na stosunkowo dużych obszarach w Sosnowcu, są tylko przysypane cienką warstwą ziemi. Dlaczego jednak, jak przed laty, zaniechano jego eksploatacji ?

Ta moja uliczka kończyła swój kres, podobnie jak stary już człowiek, dopiero na styku z ulicą Orlą. Duże fragmenty jej zabudowy zawdzięczamy niemieckiemu przedsiębiorcy z Gliwic, S. Huldschinskyemu (Huldczyński). To dzięki tej hucie, której uruchomienie nastąpiło w 1881 roku, mieszkańcy rozległej wsi Pogoń zamieszkujący wtedy malutkie przytulone do ziemi domki i powstające okazałe osiedle fabryczne, zawdzięczają w niej pracę i minimum egzystencji. W tej fabryce od 5 marca 1897 roku, aż do śmierci w1918 roku, będzie pracował mój dziadek, Franciszek Maszczyk, a później jego syn, a mój ojciec, Ludwik Maszczyk. Droga do fabryki, jak wspominał ojciec, nie była dla mojego dziadka zbyt odległa, gdyż wiodła z malutkiej, klepiskowej uliczki Małej nr 6 (dzisiaj ul. Kolibrów nr 6), z okolic starego pamiętającego jeszcze zaborcze rosyjskie czasy pogońskiego targu. Rodzinny domek mego ojca z XIX wieku, a w nim wynajmowane dwie izby, jakimś cudem się jeszcze zachował i nie został unicestwiony. Mimo, iż wzniesiony został z typowego wtedy materiału budowlanego, z zewnętrznej stolarki drewniano – ceglastej, z zawieszonym drewnianym gankiem, do którego jeszcze dzisiaj prowadzą drewniane schody, po których wdrapywała się 7. osobowa ojca rodzina. Jak wspominał ojciec, co częściowo potwierdzają to też zachowane carskie paszport, to moi dziadkowie mieszkali już na wsi pogońskiej przed pierwszą połową XIX wieku, gdy Sosnowiec nie stanowił jeszcze w miarę zwartej zabudowy, a mieszkańcy nawet nie przypuszczali, że niebawem te tereny wraz przyległymi staną się stosunkowo dużym miastem.

Fabryka podobnie jak konary topoli rozrastała się dosłownie w oczach. Gliwicki przemysłowiec postawił ją na zakupionych parcelach od spadkobierców śląskiego przedsiębiorcy Christiana Gustawa von Kramsta i hrabiego Jana Renarda, syna bogatego górnośląskiego przemysłowca i właściciela rozległych połaci ziemi na Opolszczyźnie Andrzeja Renarda. Początkowo firma „Huldschinsky i Synowie” była tylko malutką fabryczką produkująca wyłącznie rury, jednak już w latach 90. XIX w. rozbudowano ją o walcownię blach, gdyż dotąd blachy i wstęgi pozyskiwano z pobliskiej Huty „Katarzyna”. Później w fabryce postawiono też stalownię martenowską, a w okresie okupacji niemieckiej zainstalowano liczne maszyny produkujące uzbrojenie dla armii niemieckiej. Po 1945 roku w ramach zawartych „umów” z władzami PRL, Armia Czerwona doszczętnie ogołociła fabrykę i wywiozła większość maszyn do Związku Sowieckiego. Demontowano maszyny pospiesznie wyrywając je nawet z ziemi wraz z betonowymi fundamentami. Będąc jeszcze dzieckiem doskonale widziałem jak uzbrojeni żołnierze z Armii Czerwonej bacznie strzegli darmowo „pozyskane” maszyny, które były już załadowane na specjalnych wojskowych platformach, stojących na fabrycznej bocznicy, tuż, tuż przy Placu Kościuszki i oczekiwały już tylko na daleki transport do „naszych przyjaciół”. Ten sam niemiecki przemysłowiec, nie kierując się uczuciami altruistycznymi jak to dzisiaj niektórzy wspominają, lecz czystym przelicznikiem ekonomicznym, wybudował też drugą bliźniaczą fabrykę, zwaną później jak ta w Sosnowcu hutą, z wielkim piecem, na terenach Jury Krakowsko – Wieluńskiej, konkretnie w Zawierciu. Od 1897 r. te dwa zakłady należały już do Towarzystwa Akcyjnego Sosnowieckich Fabryk Rur i Żelaza; większość akcji należała do S. Huldschinsky’go. Fabryki przynosiły właścicielom potężne zyski, a zatrudnionym tam głównie Polakom, marne grosze, ale stanowiła też względnie pewne zatrudnienie. Jeszcze w czasach zaborów rosyjskich kapitał tego towarzystwa wynoszący w początkowej fazie 6 milionów rubli, został podwyższony do 16,6 milionów rubli. Wg. fabrycznych statystyk w obydwu fabrykach zatrudnienie do I wojny światowej wynosiło około 1700 osób. Podobne zatrudnienie, chociaż bywało też znacznie wyższe, oscylowało po 1945 roku. W okresie II Rzeczpospolitej pracownikami byli głównie mieszkańcy Pogoni, w zdecydowanej jednak większości załogę zakładu pracy stanowiła już ludność przyjezdna z wsi miechowskich i kieleckich.

Utrwalony widok na pocztówce, tak jak już wspominałem, w zasadzie poza bardzo drobniutkimi „przeróbkami”, to utrzymywał się do końcowych lata 60. XX wieku. W przeciwieństwie jednak do maluchów utrwalonych na tej pocztowce, to autor nie poruszał się jak oni środkiem jezdni, lecz chodnikiem. Najczęściej po prawej stronie brukowanej „kocimi łbami” jezdni, gdyż tam chodnik był znacznie szerszy, niż po przeciwnej stronie i widziałem też fabryczne okna gdzie przez jakiś czas pracował mój ojciec ( pierwsze piętro).

Po lewej stronie ulicy, na przestrzeni gdzieś około 1 km, do samej dosłownie krzyżówki z uliczką Wodną (istnieje do dzisiaj, ale okropnie już zdewastowana) ciągnęły się tylko zabudowania fabryczne wspomnianej fabryki, później zwanej Hutą „Sosnowiec”, jeszcze później, gdy połączono ją z Hutą „Katarzyna”, otrzymała nazwę Huty im. M. Buczka, na cześć członka Komunistycznej Partii Polski (KPP). W tym pierwszym utrwalonym na pocztówce pięknym ceglastym budynku (po lewej stronie), aż do samej przewiązki mieściły się tylko pomieszczenia biurowe, zwane wówczas „biurami urzędniczymi”. Przyklejone niemal do chodnika z ciekawym architektonicznym portalem drzwi, odkąd tylko sięgam pamięcią, były jednak zawsze na głucho zamknięte. Wejście i wyjście do fabryki w okresie II Rzeczpospolitej i okupacji niemieckiej, wiodło dosłownie tylko poprzez centralną portiernię, a zawieszona nad jezdnią przewiązka umożliwiała bezkolizyjne i szybkie przemieszczanie się pracownikom z dyrekcji na teren fabryki, i odwrotnie. Po prawej stronie w widocznym ceglastym budynku, dzisiaj z duchem czasu szpetnie przerobionym i pozbawionym ozdobnego parkanu, zawsze swą siedzibę miała tylko dyrekcja fabryki, później po 1945 roku władza ludowa wygospodaruje też tam pomieszczenia dla „szarych” urzędników i dokona tak licznych przeróbek, że centralna portiernia na zawsze już zatraci swe jedyne komunikacyjne przeznaczenie.

Za przewiązką w ceglastym budynku, też zawsze mieściły się biura, ale po 1945 roku (rok ?) dolne pomieszczenia przeznaczono już na Zakładową Przychodnię Zdrowia. Za elegancką drewniano metalową bramą stał wyjątkowy budynek, częściowo też widoczny na pocztówce, którego węższa ceglasta elewacja sąsiadowała z chodnikiem, a całą swą długością był już usytuowany na terenie fabryki. Część górnych pięter przeznaczono na biura, w części dolnej od chodnika, mieściła się wyjątkowo duża i przestronna portiernia. Z tym budynkiem są związane ciekawe i niesamowite też historie, szczególnie z lat okupacji niemieckiej i „wolnościowych” lat powojennych. Może tylko zasygnalizuję, że w tym budynku, obok biura mojego ojca, na pierwszym piętrze w czasie okupacji niemieckiej mieściło się zakładowe Gestapo, a po 1945 roku zakładowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Ten temat wymaga już jednak odrębnego komentarza. Ten budynek podobnie jak inne na tej ulicy, też został unicestwiony w latach 70. XX wieku.

Naprzeciw centralnej portierni, po drugiej stronie jezdni, po 1945 roku mieściło się boisko do siatkówki i koszykówki KS. „Stal” – Sosnowiec. Z zachowanych dokumentów z 20 stycznia 1956 roku (L.dz.1949/56 ) wynika, że oficjalnie zwane było jako „Koło sportowe „Stal” Huta Milowice w Sosnowcu (stadion własny Aleja Mireckiego 33; telefon sekretariat i stadion: 618 -02 i 619 – 61 -65). W tym okresie w wyniku zawartych umów, Huta „Sosnowiec” (dawna Fabryka Huldschinsky’ego) zobowiązana została do prowadzenia dwóch sekcji: siatkówki i koszykówki, a przy Alei Mireckiego 33 mieściły się sekcje: hokeja na lodzie i trawie, sekcja szachowa, turystyczna i piłki nożnej. Na tym klepiskowym boisku spędziłem wiele, wiele godzin, będąc koszykarzem KS. ”Stal”, a w płynącej obok boiska rzece Czarnej Przemszy wielokrotnie się kąpałem, jeszcze w latach 50. XX w. Boisko już jednak nie istnieje (wizyta w 2008r.). Obok boiska, po lewej stronie, idąc w kierunku ul. Orlej, stały jeszcze wówczas w zwartej zabudowie dwa trzypiętrowe budynki osiedla fabrycznego o bliźniaczej wprost architekturze jak te trzy stojące do dzisiaj przy Placu Kościuszki. Po tej stronie ulicy, jak już sygnalizowałem, jakimś cudem ocalała do dzisiaj tylko zwarta stara zabudowa już tylko od ulicy Racławickiej do krzyżówki z ulicą Floriańską. Resztę skoszono w pień jak łany dzikiego zielska w latach 70. XX w. Można sądzić, że tylko przez roztargnienie w okresie burzycielskiej apokalipsy, nie zlikwidowano też budynku, gdzie się urodził Jan Kiepura, który stoi prawie na styku uliczki Majowej z ulicą Nowopogońską. Musimy bowiem pamiętać, że w tamtych 70. latach XX wieku, Jan Kiepura był na tak zwanym „indeksie komunistycznym” jako osobistość wysoce niemile widziana w PRL.

Do budynku opisywanej już centralnej portierni „przyklejony” był, wysoki, gdzieś od 4 – 5 metrów, ceglasty mur, który się ciągnął majestatycznie aż do samej krzyżówki z ul. Wodną i dosłownie dopiero tam stykał się z wysokim trzypiętrowym też ceglastym gmachem. W zasadzie opisywana uliczka, to tętniła tylko wielkim fabrycznym gwarem, w szczytowych tak zwanych zmianowych godzinach pracy, gdy na przeraźliwy dźwięk fabrycznej syreny, setki robotników opuszczały ten jeden z większych zakładów pracy w Sosnowcu. Czasami jednak panującą tu senną ciszę zakłócała też muzyka orkiestry fabrycznej, która dochodziła zza tajemniczych ceglastych murów. Po 1945 roku w pomieszczeniach tego gmachu, pomiędzy murem a tym budynkiem, było wejście do zakładowego sklepu Huty im. M. Buczka. To były takie czasy, gdy w sklepach brakowało niemal dosłownie wszystkiego, więc ten firmowy sklep z miejsca okrzyknięto jako „pogoński sezam” - stalowych bez szwu rurek i blach. Ten ceglasty fabryczny mur i identyczny w wystroju budynek, będące jeszcze w doskonałym stanie technicznym, zburzono w latach 70. XX wieku.

Dalszy ciąg zwartych zabudowań, po lewej stronie, ciągnął się już do skrzyżowania ulic Nowopogońskiej i Mariackiej, przecięty tylko wąska wstęgą ulicy Floriańskiej. Dlaczego jednak z takimi drobiazgami opisałem niemal całą zabudowę tej ulicy. Ano dlatego, gdyż dzisiaj jej stara zabudowa już nie istnieje, a przecież zabudowania, gdy je likwidowano, były jeszcze wprost w doskonałym stanie technicznym. Dlaczego więc dokonano, aż tylu wyburzeń i to jeszcze w latach 70. XX w., gdy dla tysięcy przybyszy brakowało mieszkań, jak dzisiaj dla wielu Polaków pieniędzy na lekarstwa ? Nawet w 2008 roku idąc za niszczycielskim ciosem zdążono jeszcze zburzyć drewniany domek, który uchował się od XIX wieku, na skrzyżowaniu ulic: Nowopogońskiej, Mariackiej i Przechodniej. Domek, który pamiętał też czasy krwawej obrony żołnierzy z Oddziału Rozpoznawczego 23 DP ze Śląskiego Okręgu AK, jaka miała miejsce w pobliskim ceglastym jednopiętrowym budynku przy ulicy Przechodnia nr 5.

Nie remontowane przez całe ubiegłe lata, a ocalałe z wyburzenia budynki, wymagają jednak już teraz gruntownej renowacji, a niektóre nawet restauracji, a nie tylko prymitywnych remontów. Szczególnie te o pięknej konstrukcji architektonicznej z XIX i początków XX wieku. Oczywiście, że w pierwszej kolejności tymi pracami powinno się objąć na Pogoni tylko te zespoły budynków, które jeszcze tworzą zwartą całość w zabudowie ulicznej. A taką niestety już nie jest na całej swej długości ulica Nowopogońska ! Istnieje konieczność odtworzenia historycznego ducha przeszłości i życia tej ziemi.


Tłumy zagranicznych turystów nie będą przecież masowo odwiedzali takich polskich miejscowości, w tym i mojego Sosnowca, gdzie zachowały się tylko pojedyncze tak zwane zabytki i to jeszcze tylko z XIX wieku. To musimy sobie wreszcie uświadomić i przestać się wzajemnie jak malutkie dzieci okłamywać……
W wielu państwach Unii Europejskiej takie cacka starej architektury są z pietyzmem pielęgnowane i na bieżąco remontowane, przez prywatnych właścicieli i samorząd administracyjny, co ogranicza później znacznie wydatki materialne. Budynek bowiem nie remontowany na bieżąco, lecz przywracany do pierwowzoru wtedy gdy się już „wali” lub „przewraca”, wymaga bardzo dużych kosztów. Te bezcenne elementy fabrycznej i wokół fabrycznej przestrzeni, są przecież dziedzictwem narodowym, które w gospodarce rynkowej powinny stać się bezcennym turystycznym towarem.

W końcu postawmy sobie też zasadne pytanie ? Czy faktycznie już jesteśmy Europejczykami, a Polska jest państwem europejskim, czy tylko jesteśmy zaściankiem Europy……….?




Gość | 2009-08-09 12:04:07
Bardzo proszę,czy ktoś z Państwa posiada wiadomości,zdjęcia z dzielnicy Zwodziejów/mylnie nazywając Złodziejów/.Tam się urodziłem w 1959r przy ul.Krótkiej.I jeszcze jedna prośba moja;w którym roku zostały zbudowane domy przy ulicy Starej,Prostej i pobliskie?.Z góry bardzo serdecznie dziękuję za udzieloną mi pomoc.Pozdrawiam.

Janusz Maszczyk | 2009-08-10 16:58:32
Bardzo serdecznie przepraszam, że jeszcze raz powracam do spraw związanych z dzielnicą Pogoń, a konkretnie do opisywanej prze zemnie ulicy Nowopogońskiej.

W dniu dzisiejszym, w poniedziałek 10 sierpnia br. odwiedziłem ten rejon Sosnowca, by uchwycić w porannych blaskach słońca architektoniczne uroki tej dzielnicy. To co jednak zobaczyłem całkowicie załamało mnie psychicznie, podobnie i osoby mi towarzyszące.

Ulica Nowopogońska na całej swej długości jest już wielką brudną i „walącą” się ruderą. Podobnie jak sąsiednie uliczki: Floriańska, Racławicka i Wodna, itd, itd. Podwórka potwornie zaniedbane i brudne, a wokół pośród dzikiego zielska, leżą stare wanny, miski, miednice, deski, powyrywane z mieszkań drzwi i żałośnie zwisające jak wisielcy - futryny okien. W budynkach wiele okien jest już zabitych deskami lub po prostu są zamurowane pustakami.

Wokół zabytkowego targu pogońskiego pamiętającego jeszcze czasy z XIX wieku, krajobraz abisyński. Szczególnie smutne na mnie wrażenie wywarł fragment, gdzie w czasie okupacji niemieckiej powieszono polskich bohaterów. Kilka metrów od płyty „pamiątkowej”, w niezmienionej oczywiście jeszcze wersji od czasu upadku komunizmu, wszędzie zalega bród, walące się butelki i sterta rupieci (utrwaliłem na zdjęciu), i powyrywane płyty chodnikowe, i powszechnie rzucająca się w oczy rozpaczliwa nędza……..Pomalowana ściana otulająca targ, w pasy narodowe, biało – czerwone razi, uwiera i jest prymitywna…….. Tak absolutnie nie powinno wyglądać miejsce pamięci narodowej ?

W trakcie wykonywania kolejnych licznych zdjęć, mieszkańców tej dzielnicy wyrażali opinię, że są opuszczeni dosłownie przez wszystkich, nawet i przez Boga. Na moje sugestie, by chociaż uporządkowali swe malutkie zabytkowe przecież podwórka, zrezygnowani wzruszali tylko ramionami i oświadczali: - „ Panie ! Czy to jeszcze warto”……….. ? Sprawiali ludzi całkowicie zawiedzionych i zrezygnowanych z normalnego cywilizowanego życia……..Większość to podobno przybysze, mieszkańcy Pogoni w przedziale czasowym dopiero zaledwie od 20 – 35 lat……….Nie zdający sobie absolutnie sprawy jak kiedyś wyglądała tu zabudowa. Na temat placu kaźni polskich patriotów wykazali się całkowitą nieznajomością tej tragedii. Dlaczego ?

Nie jestem „budowlańcem”, ani tez architektem, ale wydaje mi się, że przy takiej już dewastacji, przynajmniej tej części dzielnicy, jej renowacja nie ma już absolutnie żadnego sensu……..Natomiast potrzebny jest solidny spychacz, by to wszystko zrównał z ziemią, a połacie gołej ziemi na nowo zabudować ciągami stylowych dawnych urokliwych domków.

W tej sytuacji już kolejny raz zadaję sobie pytanie ? Jaki jest sens dalszego opisywania tych nieistniejących już z XIX i początków XX wieku, ciągów ulicznych, podwórek i stylowych budynków ?


Mariusz | 2009-08-12 12:16:12
Panie Januszu dziękuję za te bardzo ciekawe informacje.
Proszę o więcej opisów Sosnowca z dawnych lat.
Szczególnie, jeżeli było by to możliwe interesują mnie okolice ulic Żytniej, Grochowej, Reymonta i okolicznych...

Gość | 2009-08-29 12:52:07
Dzisiaj cos mnie wzieło na melancholie i znalazłem ta strone z pieknymi fotografiami!! Mam 26 lat i nie pamiętam (niestety ) tych czasów. Sosnowiec wtedy był przepiękny , cudowny i taki ''normalny'' O niebo lepszy niż ten co mamy dzisiaj. Chciałbym żyć w tym Sosnowcu co jest na fotografiach.

Agnieszka | 2009-09-04 15:28:02
Panie Januszu - jestem pod wielkim wrażeniem tych wszystkich pańskich artykułów i tak przepięknej wymowy oraz b. dobrej pamięci....Mam 31 lat i prawie całe życie mieszkam na Kazimierzu Górniczym, tatuś pochodził z Dąbrowy z Zająca, niestety 10 lat temu umarł (teraz na Zającu wybudowano Urząd Miejski Dąbrowy Górniczej) mama z Klimontowa, (kiedyś pracowała jako telefonistka na kopalni Klimontów, ojciec mojej mamy - Adam Rudowski pracował w więziennictwie w Klimontowie)....Może Pan pamięta, te trzy okolice z Pańskich młodzieńczych lat, Kopalnię Kazimierz -Juliusz, park Kazimierzowski i bagna na terenie osiedla Wagowa, kopalnię Klimontów, Dańdówkę, Walcownię...Jak ludzie przemieszczali się do poszczególnych miejscowości, gdzie dojeżdżał tramwaj, jak jeszcze nie było pętli na Kazimierzu...? Gdzie znajdowało się to więziennictwo na terenie Klimontowa? Bo ponoć tam przetrzymywano Niemców hitlerowskich....Serdecznie pozdrawiam i zdrowia życzę.....:) Agnieszka Sokół

Agnieszka | 2009-09-04 15:29:42
Panie Januszu - jestem pod wielkim wrażeniem tych wszystkich pańskich artykułów i tak przepięknej wymowy oraz b. dobrej pamięci....Mam 31 lat i prawie całe życie mieszkam na Kazimierzu Górniczym, tatuś pochodził z Dąbrowy z Zająca, niestety 10 lat temu umarł (teraz na Zającu wybudowano Urząd Miejski Dąbrowy Górniczej) mama z Klimontowa, (kiedyś pracowała jako telefonistka na kopalni Klimontów, ojciec mojej mamy - Adam Rudowski pracował w więziennictwie w Klimontowie)....Może Pan pamięta, te trzy okolice z Pańskich młodzieńczych lat, Kopalnię Kazimierz -Juliusz, park Kazimierzowski i bagna na terenie osiedla Wagowa, kopalnię Klimontów, Dańdówkę, Walcownię...Jak ludzie przemieszczali się do poszczególnych miejscowości, gdzie dojeżdżał tramwaj z Sosnowca, jak jeszcze nie było pętli na Kazimierzu...? Gdzie znajdowało się to więziennictwo na terenie Klimontowa? Bo ponoć tam przetrzymywano Niemców hitlerowskich....Serdecznie pozdrawiam i zdrowia życzę.....:) Agnieszka Sokół

Janusz Maszczyk | 2009-09-22 20:08:28
Ukazała się niezwykle ciekawa publikacja w postaci albumu fotograficznego – „SOSNOWIEC FOTOARCHIWUM 1940 – 1943” !!!

Jestem pod ogromnym wprost wrażeniem prezentowanych zdjęć, gdyż niczym w niemym filmie zostały utrwalone tam liczne obrazy ulic, domów, kapliczek i ludzi z okupacyjnych niemieckich lat mojego rodzinnego Sosnowca. Zdecydowana większość zdjęć jest bez trudu autorowi doskonale rozpoznawalna. Mimo woli wróciły więc dziecięce okupacyjne wspomnienia. Niekiedy bardzo przykre.

Już na wstępie pozwolę sobie zasygnalizować, że wbrew prezentowanej przez wydawców opinii, że na wielu zdjęciach prezentowane obrazy, w postaci ulic, domów i placów, nie zachowały się jednak do dnia dzisiejszego, to rzeczywistość jest trochę inna. Ogromnie też ubolewam na niezwykle wprost enigmatyczne opisy większości prezentowanych zdjęć, nie oddające ówczesnego klimatu miasta, a konkretnie też miejsc utrwalonych na fotografiach (np.: tylko na stronie 56 widnieje lakoniczny napis „Kontrole uliczne”, ale nie podaje się konkretnej lokalizacji). Również wiele prezentowanych na fotografiach domów zachowało się nawet do dnia dzisiejszego, jak np. pogoński budynek przy ulicy Lisiej, gdzie urodził się mój rodzony brat. Niektóre też zdjęcia utrwalają gruntowne remonty jakie wówczas niemieckie władze okupacyjne przeprowadzały w Sosnowcu, co nie znającemu realiów tamtych czasów może się wydawać, że tak „rozkopane” wyglądały też te ulice w okresie II Rzeczpospolitej. Co jest nieprawdą.

W najbliższym czasie postaram się skomentować na łamach tego portalu i tej strony internetowej moje osobiste spostrzeżenia i uzupełnić istotnymi poszerzonymi komentarzami brakujące opisy prezentowanych zdjęć. Aby jednak tego dokonać, muszę osobiście zwizytować prezentowane w albumie miejsca, gdyż z oddali trudno jest ustalić konkretny obraz, czy obecny numer domu. A to wymaga już pewnego przedziału czasowego.

Niezależnie od powyższych krytycznych uwag uważam, że to publicystyczno - albumowe wydanie jest niezwykle cenne dla każdego mieszkańca Sosnowca. Zachęcam więc bezinteresownie (!!!) do jego zakupu ( Muzeum Sosnowca, ul. Chemiczna i „Zameczek” w „Parku Gwarectwa hr. Renarda” – dzisiaj zwany „Parkiem Sieleckim”). Ogromne też brawa składam inicjatorom tego wydania, szczególnie Szanownemu Panu Kazimierzowi Górskiemu - Prezydentowi Sosnowca.

Wielka szkoda, że Szanowna Administracja centralnego Muzeum Sosnowca chomikuje w budynku muzeum stare karty pocztowe i nie przeznacza ich po odpowiedniej obróbce fotograficznej do publicznej sprzedaży (pojedynczej, czy albumowej), gdyż wtedy dodatkowy wpływ gotówki zasiliłby pustawą muzealną kasę. Warto też zachęcić mieszkańców Sosnowca, by przekazali swoje fotograficzne domowe zbiory z dawnego Sosnowca, co wpłynęłoby na zwiększenie atrakcyjności i popytu sprzedaży albumu.

Oczywiście, że te ewentualne publikacje będą się tylko wtedy cieszyły wysokim popytem i „kasą”, o ile będą odpowiednio profesjonalnie „sprzedane” mieszkańcom miasta.


Janusz Maszczyk | 2009-09-25 14:11:36
Szanowna Pani Agnieszko !

Wbrew powszechnemu twierdzeniu, że „milczenie jest złotem”, to brak mojej reakcji na zadane pytania nie wynikał z jakichkolwiek przyczyn „taktycznych”, czy lekceważenia Szanownej Pani, jak zresztą sądzę miłej i sympatycznej Internautki. Po prostu w tym czasie przebywałem i to przez dłuższy okres czasu poza swym miejscem zamieszkania. W swoim mieszkaniu jestem zaledwie od kilku dni.

O ile tylko jak mówią sportowcy „złapię drugi oddech”, to natychmiast udzielę stosownej informacji na zadane mi pytania. Oczywiście w miarę posiadanych wiadomości

Serdecznie pozdrawiam.


Bernard | 2009-09-28 09:36:20
Do Pana Janusza Maszczyka
Szanowny Panie
Interesuję się działalnością partyzancką na Kieleczcyźnie. W pracy "Miejsca pamięci narodowej 1939-1945 na kielecczyźnie" znalazłem informację, iz na cmentarzu w Rakowie spoczywa kpt.Kazimierz Patello ps.Wincenty poległy w 1943r. (dokładnej daty nie podam, ponieważ nie mam książki przy sobie". Niestety, ani w "Jodle" Borzobohatego poświęconej Okręgowi Kieleckiemu AK, ani w opracowaniach poświęconych oddziałowi Wybranieccy, na którego obszarze działania leżal Raków, to nazwisko sie nie pojawia. Czy mógłby Pan wobec tego przedstawić bliżej losy kapitana tj.powody przybycia na Kielecczyznę, jego działalnośc oraz okolicznosci smierci?
Serdecznie pozdrawiam
Bernard

Janusz Maszczyk | 2009-09-30 16:36:38
Szanowny Panie Bernardzie.

To dobrze, to nawet bardzo dobrze, że są jeszcze tacy młodzi pasjonaci polskiej patriotycznej przeszłości.
Przechodząc jednak do meritum sprawy. Przy pomocy mojego rodzonego brata Wiesława, jestem już po wstępnych telefonicznych rozmowach z Rodziną polskiego bohatera porucznika Kazimierza Patello. Potwierdzam, że nasz wielki Sosnowiczanin, którego dziadkowie przybyli z gorącej i pachnącej oliwkami Italii, by wspomóc walką i krwią Powstanie Styczniowe, to faktycznie ta sama osoba, o której Szanowny Pan wspomina w swoim komentarzu.

Z przyczyn obiektywnych, nie leżących absolutnie po mojej stronie, nie jestem jednak w stanie natychmiast osobiście skontaktować się z tą zacną Rodziną i dokonać głębszych analiz dotyczących tego zagadnienia. Przypuszczam jednak, że już za kilkanaście dni uzyskam stosowne pozwolenie na wizytę. Proszę więc o cierpliwość. Jestem nawet sam zniecierpliwiony, gdyż rysuje się pewien obraz, by wyjaśnić losy tego szlachetnego Polaka, który we krwi miał niewątpliwie też zakodowaną miłość do swej rodzinnej Italii.

Bardzo serdecznie Szanownego Pana pozdrawiam.


Janusz Maszczyk | 2009-10-03 10:29:21
Szanowna Pani Agnieszko !

O ile Szanowna Pani pozwoli to nie będę się zbytnio zagłębiał w historyczne ciekawostki, gdyż te zostały już opracowane przez kompetentne osoby, najczęściej przez ludzi, którzy na co dzień są związani z tą dziedziną wiedzy. Najczęściej przez historyków. Wystarczy więc tylko delikatne „kliknięcie” w odpowiedni klawisz klawiatury komputerowej i wypisanie odpowiedniego hasła, by uzyskać bardzo dokładne i frapujące informacje. Pozwoli więc Szanowna Pani, że podzielę się tylko mą wiedzą, która została zakodowana w mej wyobraźni, a zarejestrowały je oczy lub rodzinne przekazy. I jeszcze jedno. Ta tematyka, o którą Szanowna Pani prosi jest tak niezwykle szeroka i obfituje tyloma zagadnieniami, że raczej nadaje się do publikacji broszurowej, czy książkowej, a nie przekazu internetowego. Będę więc operował tylko epizodami, z zachowaniem skrótów myślowych. Z większości wątków, nawet ciekawych, niestety muszę też zrezygnować.

Dzisiejsza ulica mjr. H. Hubala – Dobrzańskiego, a dalej Wileńska, przebiegająca przez Klimontów i dalej do Maczek, to co najmniej jeszcze z końca XVIII wieku, dawny handlowy trakt, po którym przemieszczali się kupcy z ziemi krakowskiej na Górny Śląsk, i odwrotnie. To również, w co absolutnie nie wątpię, trasa przejazdu naszych konnych powstańców z czasów Powstania Styczniowego, którą przemierzyli z 6 na 7 lutego 1863 do rejonów dzisiejszego Sosnowca. Bardzo boleję, że ten powstańczy temat został całkowicie porzucony przez sosnowieckich historyków i powiela się tylko różne, do tego jeszcze nie potwierdzone i nie zweryfikowane wersje. Na ogół bowiem rozkochujemy się w młodych literatach i publicystach, a zapominamy o autentycznych świadkach z tamtych lat, którzy jeszcze żyją pośród nas i ten odległy świat znają z własnej autopsji.

Ten trakt w miarę jak powstawały na tych terenach oraz w Niwce i Kazimierzu kopalnie węgla kamiennego, szczególnie odkrywkowe (gdzieś do I połowy XIX w.) był też szlakiem komunikacyjnym po, którym przewożono wielkimi furmankami węgiel. Wtedy to powstały liczne odgałęzienia klepiskowych dróg. Później, gdy uruchomiono kolej Warszawsko – Wiedeńską, ze stacją końcową w Granicy (dzisiejsze Maczki), to powstawały też liczne odgałęzienia kolejowe, które w miarę upływu czasu coraz bardziej się rozrastały i docierały do kopalń oraz pokrywały swą siecią te dziewicze przyrodniczo połacie polskiej ziemi. Między innymi.: w 1884 i w 1887 funkcjonowały już dwie szerokotorowe trasy kolejowe z Maczek do Kazimierza i z Kielc poprzez Kazimierz – Sosnowiec Płd. do Szopienic i Katowic; podobne bocznice i to bardzo liczne powstawały też w miarę upływu czasu w centralnych częściach Sosnowca, gdy uruchomiono odnogę Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej z Ząbkowic poprzez Będzin – Sosnowiec Gł. Już właściwie od 1859 roku, a może i wcześniej kolej całkowicie zdominowała transport wysoko gabarytowych towarów, głównie węgla i wyrobów hutniczych. Jeszcze jednak w okresie II Rzeczpospolitej i po 1945 roku, ten trakt drogowy pokonywały furmanki, tak zwane wysokoburtowe, którymi już jednak dowożono węgiel do indywidualnych odbiorców.

W tamtych latach, a nawet jeszcze w pierwszych latach zaraz po 1945 roku, tereny te mieszkańcy z centralnych dzieląc Sosnowca traktowali jako „nie odkryte”. W zasadzie zabudowania miejskie kończyły się na ul. Staszica (Osiedle Katarzyna) i przy kopalni Gwarectwa hr.Renarda (po 1945 Kopalnia „Sosnowiec”). Dalej, jak tylko okiem sięgnąć, aż poza Klimontów, ciągnęły się już tylko bezkresne pola, łąki i lasy maczkowskie. To były tak niemiłosiernie odległe dla nas tereny, że tylko nieliczni mieszkańcy pokonywali je pieszo. Przypominam sobie, że jeszcze w okresie okupacji niemieckiej ten stary, wiekowy klimontowsko – maczkowski trakt był niemiłosiernie wyboisty, pełen różnej głębokości kolein i piaszczystych łach. Jesienią i zimą oraz wczesna wiosną, gdy topniały śniegi lub występowały opady deszczu, to na jezdni tworzyły się niezliczone dokuczliwe dla pieszych bajora wody. O ile się nie mylę to tylko w okolicy klimontowskiej kopalni i to po stronie typowego kopalnianego osiedla zbudowano wąski (nawet bardzo !) chodnik. A tak to cały ten wielokilometrowy trakt był pozbawiony utwardzonego pobocza. Wprawdzie w czerwcu 1939 roku uruchomiono linię autobusową Sosnowiec-Klimontów-Porąbka-Kazimierz- Niemce-Maczki, ale te piękne tereny dalej mieszkańcy Sosnowca traktowali jako odległe i prawie „niedostępne”. Proszę sobie wyobrazić, że centralne dzielnice Sosnowca uzyskały prąd elektryczny dopiero od 1909 roku. Ale elektryfikacja dotarła tylko do nielicznych zabudowań, głównie kopalnianych i hutniczych osiedli. A tak to większość mieszkańców Sosnowca pozbawiona była nie tylko elektryczności, ale i kanalizacji, i wodociągów, i WC. Na kilku osiedlach do luksusów zaliczano tak zwane zbiorcze łaźnie, z których korzystały tylko niektóre rodziny i to tylko raz w tygodniu, najczęściej w soboty. Natomiast nawet trzypiętrowe kamienice pozbawione były podstawowych „obiektów” higienicznych. Ubikacje zwane wtedy „wychodkami” (przepraszam za dosadne określenie) znajdowały się tylko na podwórku, w ciągu stojących tam komórek ze stryszkami. Dla większości więc mieszkańców luksusem kąpieli była blaszana lub drewniana balia. Najczęściej tej niezwykłej ceremonii dokonywano tylko raz w tygodniu, w soboty. Brak bieżącej wody wymuszał gromadzenie jej w wiadrach blaszanych, lub cynkowych, które niczym ozdobne przedmioty tkwiły na białych niskich komodach kuchennych. Emaliowane wiadra w kolorze białym stanowiły już pewien luksus. Nad wiadrami w wielu mieszkaniach zawieszano makatki: - „ Woda do picia”, czy „Dobra żona tym się chlubi, że gotuje co mąż lubi”, lub „Gzie kucharek jest sześć to nie ma co jeść”. Najczęściej obok tych wiader, ale już na drewnianej podłodze stał kubeł – WC, niekiedy przykryty wielką blaszaną pokrywą, szmatą lub papierem. Ten cuchnący obiekt opróżniany był raz dziennie, niekiedy raz na dwa dni. Papier toaletowy do 1945 roku był prawie nieznany. Przynajmniej dla większości mieszkańców. Po raz pierwszy pojawił się w paczkach „UNRRA” w darze od Amerykanów ze Stanów Zjednoczonych. Przez niektórych, gdy brakowało nawet chleba i wyrobów mięsnych, traktowany więc był jako gest ironii. Podobnie jak podmycie się po załatwieniu potrzeb fizjologicznych. Jeszcze po 1945 roku poprzez Plac Kościuszki, przejeżdżały konne beczkowozy (woźniców tych pojazdów zwano wówczas „gówniarzami” (bardzo przepraszam za określenie), które przewoziły fekalia, ręcznie czerpane z tych podwórkowych ubikacji (długi kij, a na końcu kija umocowany blaszany kubeł). Taka sytuacja była nawet w latach 50. XX wieku.
Ponieważ większość ulic pokryta była tak zwany kocimi łbami, a beczkowozy były nieszczelne, więc można sobie wyobrazić jaki panował wtedy smród po przejeździe tych wehikułów. Szczególnie jednak dokuczliwy, wprost nie do zniesienia, był w dni słoneczne. Znam to z własnej autopsji. Autor, który posiadał w mieszkaniu wannę, z gorącą i zimną wodą, a obok na korytarzu WC, był traktowany niczym burżuj. Większość mieszkańców nie zaspakajała prasą swej wiedzy. Biblioteka domowa była unikatem. Duży procent Sosnowczan, szczególnie starszego pokolenia stanowili analfabeci. Przypominam sobie, że gdy z mamą – nauczycielką, dokonywaliśmy po 1945 roku (rok ?) na Środuli i w Zagórzu tak zwany spis ludności, to formularze wypełniała tylko moja mama, a gospodarze nawet z trudem, drżącą ręką stawiali w miejscu podpisu koślawy krzyżyk. Takich przypadków było wiele, zbyt wiele !? O głośnikach „kołchoźnikach” i talonowych radiach „Pionier” wspominam tylko pobieżnie, gdyż temat jest zbyt rozległy, ale niezmiernie ciekawy i pouczający.


Może więc sobie Szanowna Pani wyobrazić jak w okresie II Rzeczpospolitej i zaraz po 1945 roku mógł wyglądać Klimontów, Kazimierz, Dańdówka, czy inne wtedy odległe dzielnice miasta Sosnowca. Luksusem był rower. Samochody osobowe, po 1945 roku to głównie pojazdy wojskowe.

Przypominam sobie, że w okresie okupacji niemieckiej ten trakt, o którym wyżej już wspominałem był utwardzony tylko drobnym tłuczniem kamiennym i to nie na całym odcinku. W okolicy Kopalni „Juliusz”, gdzie docieraliśmy po 2 – 3 godzinach, aż na tak zwaną „Skałkę” wiodła tylko piaszczysta wiejska droga. Podobnie było na dróżkach w lasach maczkowskich. Nie lepiej wyglądały też boczne ulice centralnych dzielnic Sosnowca. Tereny Klimontowa, a szczególnie „Skałki” traktowaliśmy wtedy jako oazę nieskażonej przyrody. Rzeka Biała Przemsza była jeszcze wówczas krystalicznie czysta. Podobnie wyglądały też okoliczne tereny, pokryte pięknymi lasami i polanami, gdzie przyroda wyznaczała rytm dnia, a nie człowiek na traktorze, spychaczu, z kilofem lub łopatą.

I już na zakończenie.

Klimontów wspominam zawsze z ogromnym wzruszeniem. Tam bowiem zaczynałem moją długą drogę (kilkadziesiąt lat) sportową, jakże piękną i pełną osiągnięć. A kiedy byłem już na jej szczytach, to wówczas kurtuazyjnie, ale stanowczo mi podziękowano. W takiej oto formie zakończyła się więc moja droga jako zawodnika i trenera w KS.”Klimontów”.
Okolice Klimontowa poznałem też bardzo dokładnie w czasie okupacji niemieckiej, szczególnie tereny gdzie przetrzymywano jeńców alianckich (Anglików).

Może jeszcze tylko wspomnę w ogromnym też uproszczeniu, że w pierwszych latach 50. XX wieku wyprawa z Dańdówki do Liceum „Staszica”, to był koszmar. Tak ten okres wtedy opisywali moi licealni znajomi, koledzy i przyjaciele z Dańdówki. Do wyjazdu przygotowywali się już ponoć od godziny 5,00 rano, by dotrzeć do celu o godzinie 6,30. Tak wczesne przybycie doprowadzało ówczesnego głównego woźnego do szału, gdyż zobowiązany był otworzyć wrota szkolne, szatnie i jeszcze otoczyć „opieką” przybyszy.
Bardzo serdecznie przepraszam za skróty myślowe, niektóre niezbyt ciekawie i stylistycznie niedopracowane.

Serdecznie Panią pozdrawiam.



Gość | 2009-10-14 22:14:40
wracajac do ulic centrum sosnowca nie wiem czy panstwo wiedza ale uklad ulic i traktow nie zmienil sie od pod 100 lat:)

Bernard | 2009-10-20 10:20:44
WItam Panie Januszu. Z niecierpliwością czekam na obiecane informacje. Uściślając mój wcześniejszy post. Zgodnie z napisem na nagrobku kpt.kazimierz patello zginął 5 sierpnia 1943
Natomiast jeśli kogoś ciekawi powstanie styczniowe to zapraszam na stronę www.powstanie1863.zsi.kielce.pl Jest tam i o Zagłębiu

Bernard | 2009-10-20 10:22:12
Ups, umknęły mi duże litery przy nazwisku

Janusz Maszczyk | 2009-10-20 12:08:11
Szanowny Panie Bernardzie !

Bardzo serdecznie przepraszam, ale nie jestem teraz w stanie spełnić Pana oczekiwań, gdyż zerwały się kontakty z tą zacną Rodziną. Mam utrudniony dostęp do starszej już wiekiem osoby z tej Rodziny; wieloletnia doskonała znajomość i zażyłość naszych Rodzin nie pozwala mi teraz z przyczyn moralno - etycznych na nachalne odwiedziny i uzyskanie autoryzowanych informacji.

Serdecznie pozdrawiam.


Janusz Maszczyk | 2009-10-27 14:30:45
Do Pana Andrzeja W.

Podany przez Szanownego Pana adres internetowy – E- meil, podobno jest nieprawidłowy. Taką otrzymałem informację z poczty internetowej. Nie mogę więc do Sz. Pana przekazać informacji na zadane pytanie.

Serdecznie pozdrawiam.


JaWa48 | 2009-10-30 11:20:01
Panie Januszu, jestem naprawde pod wrażeniem Pana informacji i wiadomości. Urodziłem się i wychowałem na Kuźnicy (ul. prowadząca od 1-Maja i d. Krakowskiej obecnie A. Struga do Sielca, do ul. Kaliskiej. Codziłem czesto do rodzinki mieszkającej na Konstantynowie a później do babci miszkającej przy Szewczyka. Czasem jako dziecko spacerowałem z Ojcem po uliczkach Sielca (pochodził z Sieleckiej) aż po Katarzynę. Jego opowiadania były tez prawdziwa lekcja historii.
Serdecznie pozdrawiam

Vegeta | 2009-12-12 01:13:42
Witam!

Na wstępie chciałbym serdecznie podziękować Panu Januszowi za bardzo ciekawe informacje o Sosnowcu (zwłaszcza na temat Parku Dietla, mojej dzielnicy Pogoń czy terenów na wschód od miasta). Mam dopiero 29 lat i ledwo pamiętam lata 80 ub. wieku, jednak cieszę się, że mogę poczytać trochę opowieści z przeszłości mojego Sosnowca.

Sam zbieram różne informacje na temat przeszłości regionu, a także historii powstania komunikacji autobusowej, tramwajowej i kolejowej w okolicy. Żal mnie ściska, gdy widzę zaniedbany Park Dietla, sypiące się budynki fabryki Dietla i dworca w Maczkach, czy z roku na rok likwidowane kolejne linie tramwajowe :-(.

Patrząc na te stare fotografie również mam wrażenie, że miasto kiedyś wyglądało ładniej (i to pomimo odnowionego niedawno centrum i odświeżenia wielu budynków w mieście). Wystarczy spojrzeć na tę piękną ul. Żeromskiego ze zdjęcia i porównać ją z tym, co mamy tam dzisiaj...).

Pozdrawiam

Zbyszek D. | 2009-12-23 15:40:39
Brawo Janusz.Jesteś the Best.Nie przypuszczałem,że mam tak utalentowanego Kuzyna.Nie dość,że byłeś świetnym koszykarzem i siatkarzem to teraz odkryleś w sobie pasję historyka.Czytam Twoje komentarze z dużą satysfakcją.A wspomnienia o mojej ś.p.Cioci a Twojej Mamie autentycznie mnie wzruszają.
Image
Image
Awatar użytkownika
admin
Site Admin
 
Posty: 1500
Dołączenie: 07 Maj 2008, 08:42
Miejscowość: Klimontów

Re: Ciekawe opowieści nt. Sosnowca

Postprzez Pakosz w 13 Sty 2010, 17:29

Miałem okazję poznać Pana Janusza i muszę przyznać że jest On regionalistą z prawdziwego zdarzenia. Jako człowiek skromny nie robi wokół siebie medialnego szumu i nie poddając się ostatnio przyjętym regułom, nie idzie na wojnę ze wszystkim co śląskie - wręcz przeciwnie, jest polskim patriotą.

Oto adres strony Pana Janusza:
http://www.wobiektywie2008.republika.pl/html/start.html
Awatar użytkownika
Pakosz
Klimontowiak
Klimontowiak
 
Posty: 622
Dołączenie: 01 Lut 2006, 09:19
Miejscowość: Zagórze


Powróć do Z przeszłości

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość

cron