http://poznaj.sosnowiec.pl/content/view/208/33/
poczytajcie komentarze p. Maszczyka! aż dziwne, że nikt wcześniej nie słyszał o tej kopalni wiedzy
Komentarze
Gość | 2009-01-24 19:16:52
aż miło popatrzyć na te stare pocztówki
Gość | 2009-01-28 23:05:43
te pocztówki są piękne szczególnie ta z ulicą Narutowicza
Gość | 2009-02-07 19:03:35
kocham Sosnowiec na starej fotografii
Samo_Zuo | 2009-02-10 15:17:20
no przepiekne. poza tym dobrze wiedziec jak kiedys wygladal sosnowiec. Ładniejszy byl niz obecny.
Janusz Maszczyk | 2009-02-20 19:11:37
Utrwalony widok na pierwszej pocztówce, z ul.Gampera i katarzyńską hałdą wraz z wielkimi hutniczymi piecami, cząstkowy widok ulicy Staszica oraz całą niemal okolicę, znam wprost doskonale. Tą bowiem trasę pokonywałem wielokrotnie, tysiące razy, gdyż moi kochani dziadkowie, rodzice mojej mamy, jeszcze przed pierwszą połową XIX wieku zamieszkiwali w tych właśnie stronach, później aż do śmierci mieszkali na „Osiedlu Katarzyna” (babcia do roku 1965). Tu urodziła się też moja mama i jej 4. osobowe rodzeństwo. Dziadziuś był niemal od zarania pracownikiem Fabryki Katarzyna, stąd krwawe zamieszki z 1905 roku znam z autopsji najbliższych. Z uwagi na ograniczone możliwości tekstowe, może więc tylko zasygnalizuję, że w wielu przypadkach absolutnie nie pokrywają się z prezentowaną oficjalnie wersją po 1945 roku. Dzisiaj wielu mieszkańców Sosnowca już nie pamięta, ale na Osiedlu Katarzyna w okresie Powstań Śląskich mieściły się kwatery i stołówki. gdzie goszczono z ogromnym wprost uznaniem i zaszczytem naszych braci Ślązaków, którzy musieli opuścić swe strony. Jedną z sosnowieckich przewodniczek i opiekunek Powstańców Śląskich, niekiedy i ich rodzin, od granicznej wówczas rzeki Brynicy, aż do Osiedla Katarzyna była wówczas też moja mama – Stefania Maszczyk.
Zarówno same klepiskowe ulice Gampera i Staszica jak i otaczająca je zewsząd infrastruktura trwały w swej niezmienionej krasie niemal jeszcze od czasów zaborów carskich. Dopiero w okresie II Rzeczpospolitej ulicę Staszica pokryto nieforemną kostką granitową, t. zw. „kocimi łbami”. Natomiast ulicę Gampera jeszcze po II Wojnie Światowej pokonywało się w tumanach kurzu, a w dni gdy „lało jak z cebra”, całą prawie jej szerokość zalegały liczne bajora brudnej deszczowej wody. Po lewej stronie, patrząc na prezentowaną pocztówkę, w zasadzie wiódł już typowy sosnowiecki chodnik, ale nieregularne wielkie betonowe płyty, były tak niestabilnie ułożone, że trzeba było zręcznie po nich stąpać, by nie zamoczyć sobie ubrania.
Do podnóża hałdy żużel wielkopiecowy początkowo transportowany był konno z katarzyńskiej fabryki w malutkich wywrotowych wagonikach, potocznie określanych jako „koleby”. Później, już po 1945 roku, wagoniki popychała, a nie ciągnęła, parowa lokomotywka, zwana „ciuchcią”. Z podnóża hałdy zaczepione za linę wagoniki transportowano po specjalnych szynach (widoczne na pocztówce), aż na sam jej szczyt. Na szczycie wagonik w wyniku zainstalowanej specjalnej konstrukcji przechylał się na jedną lub drugą stronę opróżniając swe wnętrze z żużla wielkopiecowego. W miarę jak rosła hałda, uzupełniano o kolejna partię wiodące na szczyt szyny. Konstrukcja była prosta i skuteczna. Wagoniki podobnie jak w kolejce linowej na Gubałówkę mijały się w połowie stopniowo usypywanej „góry”. I tak gdy jeden wagonik jechał do góry, to drugi w tym samym czasie już opróżniony zjeżdżał w dół. Transport wagonikowy poprzez ulicę Staszica, od niepamiętnych czasów, cały czas był dozorowany przez specjalnego „dróżnika”, który miał swą siedzibę w „domku dróżnika”, tuż, tuż przy murach fabrycznych. A ulica Staszica w miarę upływu lat stawała się wyjątkowo coraz ruchliwsza. Przybywało nie tylko pojazdów konnych i mechanicznych (samochody i tramwaj), ale i pieszych, zarówno okolicznych mieszkańców jak i pracowników fabryki. Z upływem lat hałda rosła, rosła i rosła, i była widoczna nawet z odległych okolic Sosnowca. Bywałem na jej szczycie wielokrotnie, nawet wraz z kolegami klasowymi ze „Staszica”. Dzisiaj mniej więcej na jej miejscu postawiono supermarket.
Nie remontowane, pozostawione „same sobie”, zabytkowe z XIX wieku fabryczne zabudowania, ulegają stopniowej i widocznej dewastacji. Jak na ironię w 2007 roku, runął nawet historyczny budyneczek - portiernia, na którym zawieszone były tablice pamiątkowe dotyczące 1905 roku. Bramę, przez, którą wdarli się na teren fabryki strajkujący pracownicy w 1905 roku, już po 1945 roku partacko „zrekonstruowano”. Oczywiście w majestacie urbanistycznego prawa. Jeszcze się jakoś oparł bezduszności urbanistycznej zabytkowy wysoki budynek zakładowej straży pożarnej. Ale i jego zabytkowe dni są już chyba policzone. Również zabytkowe Osiedle Katarzyna jest w opłakanym stanie, gdyż od wielu, wielu, wielu lat nie jest objęte renowacją. Dokonywane są tylko powierzchowne remonty.
To tyle w ogromnym skrócie.
Janusz Maszczyk | 2009-02-20 20:04:24
Przepraszam za błąd. W trzeciej linijce zamiast: - „jeszcze przed pierwszą połową”. Ma być: - „już w drugiej połowie XIX wieku”. Bardzo przepraszam za oczywisty błąd.
Gość | 2009-02-22 09:41:41
panie januszu prosze o wiecej komentarzy o naszym miescie:)
Janusz Maszczyk | 2009-02-22 18:21:39
Nawiązując do prezentowanego zdjęcia „Sosnowiec, ul. Renardowska” (później Sielecka). Z tą wiekową już dzielnicą – Sielec - którą też doskonale poznałem, gdyż sąsiaduje z moją Pogonią, kojarzą się wypadki jakie miały tu miejsce 57 lat temu. Wówczas nie znałem aż tylu szczegółów co dzisiaj.
Rozkazem Naczelnego Wodza z 14 lutego 1942 r. Związek Walki Zbrojnej przemianowano na Armie Krajową. Praktycznie w Okręgu Śląskim ZWZ, do którego należało też Zagłębie Dąbrowskie, nazwę tą jednak oficjalnie wprowadzono dopiero w sierpniu 1942 roku. W poprzedzającym ten termin okresie, bo już w maju 1943r., w inspektoracie sosnowieckim, podobnie jak i katowickim, doszło do licznych aresztowań członków Armii Krajowej ( w katowickim nastąpiły miesiąc później). Aresztowania były możliwe na skutek konfidenckich donosów do niemieckiej policji Gestapo. Potencjalnymi konfidentami mogli być tylko osobnicy znający doskonale język polski oraz lokalne tradycje społeczne, kulturalne, itp. ,ludzie, którzy zakradli się do szeregów ZWZ i AK. Do wyjątkowych aresztowań w inspektoracie sosnowieckim doszło w nocy z 27 na 28 maja 1942 roku. Jak wspomina to niezwykle kompetentny w tym temacie Juliusz Niekrasz („Z dziejów AK na Śląsku), członek ZWZ i AK (psed.:”Kaptur”,”Łęczyc”,”Olgierd”) i sędzia Wojskowego Sądu Specjalnego Okręgu Śląskiego AK (od czerwca 1943) konfident donoszący do Gestapo, przynajmniej do roku 1985 pozostawał nieznany. Przypuszczam, że i dzisiejsze spekulacje na temat tego łajdaka są więc tylko formą pobudzenia społecznej sensacji. W tym feralnym dniu ujęty został Inspektor Sosnowiecki, mjr art. Roman Kałuziński (psed.:”Burza”; po bestialskim śledztwie został stracony w Auschwitz w dniu 1 czerwca 1943r.) ponadto Szef Oddziału I Sztabu Okręgowego, inż. Tadeusz Popiel (psed.:”Lont”) i wielu, wielu też innych członków ZWZ. W wyniku przesłuchania wielu stracono już 4 lipca 1942 roku. Doskonale zorientowane w temacie konspiracyjnym Gestapo dokonało też w Sosnowcu licznych aresztowań kobiet.
Wyjątkowo szczególnie okrutny los dotknął rodzinę Binków, mieszkańców Sielca, gdzie mieściła się siedziba Sztabu Inspektoratu Sosnowiec. Mimo ostrzeżenia przez por. Kazimierza Patello o dokonywanych masowych aresztowaniach i grożącym im śmiertelnym niebezpieczeństwie, siostry pozostały nadal w pomieszczeniach. Następnej nocy Bronisława i Zofia Binka zostały aresztowane, a w dniu 4 maja zgilotynowane w katowickim wiezieniu przy ul. Mikołowskiej. W więzieniu tym podczas okupacji niemieckiej podobno zgilotynowano około 800 osób (podobno istnieje „gdzieś” imienna lista zgilotynowanych ?!), w tym większość Ślązaków, członków ZWZ i AK. Warto przypomnieć, że Bronisława i Zofia będące też członkami Związku Orła Białego już wcześniej uniknęły aresztowania i pewnej śmierci. Jej bratu Władysławowi udało się zbiec. Został jednak później ujęty i stracony w Auschwitz. Trzecia siostra Stanisława uniknęła aresztowania dzięki temu, że jako kurierka opuściła te pomieszczenia i udała się już wcześniej do Żywca. Kilkanaście słów warto też poświęcić wymienionemu por. K. Patello. Pochodził z zasłużonej dla polskości rodziny włoskich Powstańców Styczniowych z 1863 roku. Jedna rodzina wywodząca się z tych włoskich potomków mieszkała też przy Pl. Kościuszki w Sosnowcu. Była to wyjątkowo zacna, inteligentna i kulturalna rodzina, całkowicie już spolszczona i tak niezwykle patriotyczna, że mogłaby posłużyć jako narodowo – patriotyczny wzór polskości. Nota bene, Szanowny Pan P. pracował kilka lat z moi ojcem w Fabryce Hulczyńskiego.
I już na samo zakończenie w ogromnym myślowym skrócie. Niektórzy młodzi internetowi pasjonaci, dzieje nurtu narodowo - patriotycznego i ideowość Armii Krajowej traktują niczym pingpongowy, bajkowy epizod. Stąd dowolność i różnorodność interpretacji ideałów i celów AK. Warto więc chociaż w ogromnym skrócie przypomnieć, że AK była organizacją wybitnie patriotyczną i Narodową, a głównym jej celem było scalanie, a nie judzenie i antagonizowanie społeczeństwa, by kiedyś powstała jednolita Wolna i Niepodległa Ojczyzna - POLSKA.
Janusz Maszczyk | 2009-02-27 11:35:21
Prezentowana pocztówka pt.:- „Sosnowiec – ul. Renardowska” wzbudza we mnie wiele wspomnień i refleksji, niewątpliwie pobudza też i moją wrażliwość, nie tylko z lat dziecięcych ale i młodzieńczych. O ile Szanowni Internauci pozwolą to chociaż fragmentarycznie, z uwagi na ograniczone możliwości tekstowe, podzielę się tymi sentymentalnymi wspomnieniami. Otóż !
W zasadzie prezentowany na pocztówce widok Sielca na przestrzeni długich lat, bowiem od 1914 roku do przynajmniej końca lat 50. XX w., nie uległ aż tak wielkim zmianom. Tylko w okresie II Rzeczpospolitej, a konkretnie w 1934 roku, „pociągnięto” z lewej strony, kosztem chodnika, jedną nitkę linii tramwajowej z Konstantynowa do ul. 1 Maja. W ten prosty, nie wyrafinowany sposób, mieszkańcy odległych okolic z Środuli, Placu Schoena (Środulka), Konstantynowa i Osiedla Katarzyna uzyskali szybsze połączenie tramwajowe nie tylko z centrum Sosnowca ale i z dalekimi Milowicami, gdyż od 1933 roku istniało już połączenie tramwajowe pomiędzy Gilowicami, a ul. 1 Maja. W tym okresie pokryto też widoczną klepiskowa nawierzchnię tzw. „kocimi łbami”. Dzisiaj wielu mieszkańców już nie pamięta ale renardowscy właściciele kopalni byli też właścicielami największego w Sosnowcu majątku ziemskiego.
W 1836 roku Sielec przeszedł na własność Szarloty von Stolberg – Wernigerode, siostrzenicy Ludwika zu Anhalt – Cohen – właściciela pszczyńskiego państwa stanowego. W roku 1856 Sielec wykupił hrabia Jan Renard ( jego ojciec Andrzej Renard był właścicielem ogromnych dóbr ziemskich na Opolszczyźnie), który oprócz kopalni i fabryki dysponował też ogromnymi połaciami ziemskimi. Otóż właśnie w Sielcu (trochę szczegółów za chwilę) hr. Jan Renard zlokalizował ogromny dwór, po jego śmierci w 1874 roku dwór odziedziczyła jego najbliższa rodzina, tworząc tzw. „Gwarectwo hr. Renarda” , po 1945 roku dwór wraz ogromnymi zasobami rolnymi przejęła na własność KWK. „Sosnowiec”. Kopalnia węgla, co dzisiaj może wzbudzać, delikatnie tylko określając – zdziwienie (!?) – tym majątkiem ziemskim, zwanym „PGR Sielec” dysponowała co najmniej aż do końca lat 60. XX w. Może tylko jeszcze wspomnę, że zabudowania dworskie pamiętam doskonale, gdyż jako malec wraz z ojcem lub mamą chodziłem tam po mleko, gdyż zatrudnieni tam weterynarze gwarantowali bezpieczeństwo przed zarazkami gruźlicy, wówczas choroby nieuleczalnej. Dopiero penicylina milionom ludzi darowała długie lata życia.
Po prawej stronie (cały czas patrząc na pocztówkę) mieściła się kiedyś duża, solidna, drewniana brama, a za nią opisywany fragmentarycznie ogromny „dwór renardowski”. Wzdłuż dzisiejszej prostopadłej drogi ciągnącej się od Zamku Sieleckiego, po jej dwóch stronach, usytuowane były ogromne wielofunkcyjne zabudowania dworskie, na które składały się ogromne: stajnie, obory, chlewiki, kurniki, powozownie ( na bryczki, powozy, karety, itp.) oraz domy mieszkalne dla bardziej znaczącej kadry dworskiej. Wszystkie zabudowania wznoszone były z kamienia wapiennego ( renardowskie kamieniołomy mieściły się na Pekinie) i modnej wówczas cegły, koloru brązowawo – czerwonego. Te liczne budowle, wiele przepięknych, otoczone były urokliwymi murkami kamiennymi, częściowo też murkiem wraz z palisadą drewnianą oraz żelazną lub murem ceglastym i wraz z innymi zabudowaniami renardowskimi rozlokowane były od widocznego zakrętu aż poprzez nieistniejące dzisiaj ulice: Piekarską, Parkową i Browarną, aż niemal do samej rzeki Czarnej Przemszy, przy Pl. Kościuszki. Po lewej natomiast stronie, tuż za widocznym kamiennym murem oraz przebiegającą tam wówczas kopalnianą bocznicą kolejową i torami wiodącymi do trasy ogólnopolskiej Katowice – Warszawa ( połączenie przy ul. Chemicznej) mieściły się szeregowe, przyklejone niemal do ziemi domki fornalskie. To prawdopodobnie obok właśnie tych domków a dalej już tylko renardowską dworską drogą (dzisiejszą ul. Kombajnistów), w 1905 roku, carska tajna policja zwana „Ochraną”, przewoziła skrycie na cmentarz w Zagórzu zamordowanych na terenie fabryki Polaków.
Korzystając z okazji. Pochowani w Zagórzu Polacy nie zostali nigdy ekshumowani stąd tak wielkie rozbieżności w podręcznikach historii, co do ilości zabitych. Występują nawet rażące pomyłki w imionach i nazwiskach wyrytych na płycie cmentarnej i na płycie, która kiedyś była zawieszona przy historycznej katarzyńskiej hutniczej portierni.
Powracając jednak do renardowskiego dworu. W pobliżu cmentarza pekińskiego, a raczej ciut, ciut niżej idąc teraz w stronę kopalni, na dzisiejszych ogródkach działkowych, w pobliżu dzisiejszej ul. Kukułki usytuowane były ogromne dworskie stodoły oraz zabudowania na sprzęt i maszyny rolnicze. Dookoła zaś rozciągały się bezkresne renardowskie uprawne pola, a większość biegnących tam wówczas dróg i dróżek wysadzona była po obydwu stronach drzewami owocowymi – wiśniowymi. Sceneria kolorystyczna była szczególnie wyjątkowa w okresie wiosennym, gdy kwiatami pokryły się wszystkie drzewa.
Takim widokiem można było nasyć romantyczne oczy nawet do końca lat 50. XX w. Później wszystkie wycięto !?
To tyle komentarza, w ogromnym, ogromnym powierzchownym skrócie…..
Janusz Maszczyk | 2009-02-27 11:44:57
Przepraszam ale w tekście zakradła się niezawiniona przez autora pomyłka. Prawdopodobnie komputer sam automatycznie przestawia pewne litery.
Zamiast: - „Gilowicami”.
Ma być: - „Milowicami”
Bardzo, bardzo ale to bardzo przepraszam…..
gosia | 2009-03-26 21:47:04
ja chcialabym sie dowiedziec cos o pochodzeniu nazw tych ulic...
Iwona | 2009-03-28 17:38:21
Panie Januszu! Wspaniale Pan pisze o dawnym Sosnowcu. Powinien Pan swoją wiedzę dalej prezentować w tym portalu. Na pewno znajdzie się wielu "czytaczy", dla których dawny Sosnowiec jest bardziej interesujący niż obecny. Jeżeli jeszcze Pan zna jakieś ciekawostki proszę pisać, pisać i pisać. A może coś o okolicach Dworca Południowego i ul. Wspólnej.......
Janusz Maszczyk | 2009-03-30 15:19:37
Szanowna Pani Iwono !
Już na wstępie serdecznie ale to bardzo serdecznie Szanowna Panią pozdrawiam i bardzo dziękuję za pochwały. Może to już starość, a może próżność, która podobno tkwi w każdym niemal człowieku, ale te ciepłe słowa, bardzo mile przyjąłem. Bardzo się też cieszę, że tak krótkimi tekstami, wymuszonymi przez przekaz internetowy, mogłem chociaż w zarysie przypomnieć pewne fragmenty nie istniejącego już dzisiaj mojego Sosnowca. Z sosnowieckim Dworcem Południowym związanych jest bardzo wiele ciekawych historii. Niestety większość dotyczy losów związanych z moją rodziną.
Może przy okazji wspomnę, że moja mama będąc przedwojenną dyplomowaną nauczycielką publicznych i niepublicznych szkół podstawowych, była też etatową w czasach II Rzeczpospolitej katechetką. Uczyła między innymi też w dzisiejszej Szkole Podstawowej nr 4 przy ul. Kościelnej.
Była też nauczycielką w żydowskiej szkole wyznaniowej w okolicach ul. Dęblińskiej, gdzie nauczała języka polskiego. Jako jedyna chyba nauczycielka nie tylko z Sosnowca ale nawet z Zagłębia Dąbrowskiego przeżyła krwawą okupację niemiecką i zmarła naturalną śmiercią dopiero w 1996 roku. O tym nieprawdopodobnym fakcie nauki polskiej katechetki, w żydowskiej szkole wyznaniowej, wiedzieli po 1945 roku Polacy i Żydzi. Przynajmniej Ci z otoczenia naszej rodziny. Wiedzieli też i inni…..ale to już dłuższy temat. I nikt „kto jak żyje” nawet się tym nie zainteresował……………Po prostu nikt !
Bardzo chętnie przekazuję wszelkie wiadomości o moim kochanym Sosnowcu, gdyż tam zostało moje serce.
Bardzo Szanowną Panią przepraszam za skróty tekstowe. Mam wiele pomysłów i gotowych niemal tekstów o Sosnowcu, ale to wymaga czasu i skupienia. Niestety dzisiejszy kapitalizm nam zaaplikował takie czasy, że muszę do emerytury dorabiać malarstwem…….Zapraszam do mojego portalu - www.wobiektywie2008.republika.pl – gdzie prezentuję cząstkę mych prac malarskich.
O ile tylko trochę zyskam wolnego czasu, to przyrzekam, iż znowu powrócę, do tematyki sosnowieckiej. Niestety chwilowo muszę „zawiesić” moje komentarze o Sosnowcu.
anna | 2009-04-23 14:32:02
Panie Januszu! dziękuję za przywołanie wspomnień. Nie wspomniał Pan jednak o ul. Zamkowj. Pan idąc z Mamą po mleko do "dworu" od strony Katarzyny musiał iść schodami w dól i przejśc przez plac obok kamienicy na ul. Zamkowej. Tutaj, w dzielnicy Nowy Sielec upłynęly moje dzieciństwo i młodość. Jak mówiono dawniej, mieszkałam "we dworze". Pamietam zabudowania dworskie, ogród gdzie z babcią byłam na dożynkach, browar( to juz troche dalej obok kościoła), stare powozy, staw w parku sieleckim, pożar stodoły. Co zostało z tych dawnych budynków i budowli? Zamek sielecki przetrwa.żal co będzie z elektrownią kopalnianą.
pozdrawiam serdecznie.
anna
Janusz Maszczyk | 2009-04-23 16:27:30
Szanowna Pani Aniu, bardzo serdecznie przepraszam ale ja mieszkałem od urodzenia w budynkach osiedlowych Fabryki Huldschynsky, przy Placu Kościuszki. Moja najkrótsza więc droga do „Renardowskiego dworu” wiodła poprzez bardzo szeroki drewniany most, który był zawieszony nad rzeką Czarna Przemszą (obecny jest już trzecim lub czwartym z kolei), dalej ul. Browarną (po lewej browar i fabryka sztucznego lodu; po prawej kościółek parafialny), dalej ul. Parkową (po lewej urzędniczy budynek renardowski – stoi do dzisiaj; z kamienia wapiennego mur (część zachowała się do dzisiaj) i narożny z tego samego kamienia dwupiętrowy budynek; a po prawej stronie ciągnął się częściowo kamienny mur, później parkan na podmurówce, brama i furtka kościelna, a później aż do bramy parkowej, wysoki z desek płot), dalsza trasa to ul. Piekarska, a później to już w dół (obok szyn tramwajowych) ul. Renardowską ( później chyba ul. Sielecka). A stamtąd już poprzez furtkę w bramie dworskiej do „Renardowskiego dworu”. Opisaną trasę podałem w ogromnym skrócie.
Istniała też możliwość pokonania tej trasy na skróty:
Przy końcu ul. Piekarskiej, tuż przy wiadukcie kolejowym była furtka w murze i po pokonaniu wielu schodów też można była dostać się do „Renardowskiego dworu”.
Korzystając z okazji. Na wielkim terenie zabudowań dworskich, w okolicy z XIX w. szkoły (stoi do dzisiaj ale ulega już przeróbce; część pięknej starej zabytkowej cegły nowy właściciel pokrył już „fachowo” ordynarnym tynkiem, a tynk częściowo zamalował farbą – wizyta w 2007) w jednym z budynków (stoi do dzisiaj) mieszkał mój kochany przyjaciel Jacuś P (niestety już nie żyje).
Natomiast w okolicach schodów, w stojących tam budynkach mój brat przyjaźnił się z kilkoma kolegami. To tak, w sentymentalnym pośpiechu wspomnień.
Bardzo serdecznie Panią pozdrawiam. Bardzo……..
PS.
Moje związki z Katarzyną polegały na tym, że cała rodzina ze strony mojej mamy, żyła w tych okolicach od pokoleń, a później zamieszkali tam jako jedni z pierwszych lokatorów w miarę jak zabudowywano to fabryczne osiedle. Ale to są już tak odległe czasy, że wielu Sosnowiczan oryginalnej zabudowy i tych ciągów ulicznych już nie pamięta.
Odnośnie uliczki Zamkowej. Ta uliczka była wówczas poza w/wymienionym ciągiem ulic. Leżała już na terenach dworskich i ciągnęła się mniej więcej wzdłuż wyburzonego pięknego muru, który okalał „Renardowski dwór” od strony parku. Przynajmniej do pierwszych lat 60. XX wieku.
Jeszcze raz bardzo serdecznie Szanowną Panią pozdrawiam.
Janusz Maszczyk | 2009-04-23 16:53:05
Pisząc w pośpiechu, bez fachowej korekty, użyłem pewnie zbyt dużych skrótów myślowych. Po prostu dawna ulica Renardowska, później była zwana Sielecką i ciągnęła się od krzyżówki ulic: Staszica i Piekarskie (dosłownie od wiaduktu kolejowego, który był umiejscowiony nad renardowskim (XIX w.) kolejowym głębokim przekopem (ciągnął się niemal od samej kopalni hr. Renarda; konkretnie od ostatniego zakrętu ulicy Renardowskiej). Bardzo, bardzo przepraszam za chaotyczne, niedopracowane skróty myślowe; tych szkolnych pomyłek zawsze się bardzo wstydzę.
anna | 2009-04-27 19:46:52
Panie Januszu o jakich skrótach myslowych i pomyłkach Pan pisze!. Jestem oczarowana Pana pamięcią.Tym bardziej, że przywołane przez Pana ulice to te po których sama chodziłam. Ja pewno młodsza ( rocznik 1948) a tak dobrze wszystkiego nie pamiętam. Ulicą piekarską chodziłam do kościółka. A po mszy biegłyśmy do kina momus na poranek. Trochę skracałyśmy uczestnictwo na mszy, aby kupić bilety do loży. Cudowne kino.
W budynkach na ul. Kościuszki mieszkali moi koledzy z liceum ( roździeński) Witek J. i Andrzej R. A`ta furtka w murze przy wiadukcie to właśnie zejście na schody prowadzące na podwórko mojej kamienicy.
Tak sobie myslę, że gdybysmy w kilka osób zaczęli wspominać otworzyłyby się nasze "dyski".Pana ul. Kościuszki i dalej Pogoń zachowały starą zabudowę. Z Nowego i Starego Sielca prawie nic nie zostało. Więc znacznie trudniej jest wspominać. Jedynie stare zdjęcia pomagają.
serdecznie pozdrawiam
anna
Kasia | 2009-06-17 04:55:44
Witam!mam prośbe,mieszkałam kiedyś na Katarzynie przy ul.Szewczyka 4.Budynek ten starsi mieszkańcy nazywali SZKOPEK.Podobno wiele lat temu była tam szkoła lub szpital.Podobno też budynek ten jest zabytkiem.Bardzo mnie to interesuje,lecz nie moge nigdzie znalezć informacji na temat Szkopka.bardzo pana proszę o jakiekolwiek informacje na ten temat.Z góry dziękuje
Janusz Maszczyk | 2009-06-17 15:53:54
Szanowna Pani Kasiu.
Bardzo serdecznie przepraszam, ale ul. J.Szwczyka była zawsze odkąd tylko sięgam pamięcią właściwie ulicą graniczną oddzielającą Osiedle Katarzyna od Konstantynowa. Administracyjnie przypisana była tylko do Konstantynowa. Jeszcze nie tak dawno temu, bowiem gdzieś około 2004 roku tą ulicę jeszcze z zabytkowym ceglastym murem (koniec XIX w. lub najdalej początek XX w.) i mniej więcej z tych samych lat utwardzonym poboczem chodnika (tłuczeń z kamienia wapiennego – charakterystyczny w dawnej zabudowie sosnowieckich chodników i ulic) utrwaliłem na zdjęciu. Dzisiaj już ten mur nie istnieje !? Fragment tej starej konstantynowskiej ulicy utrwaliłem na zdjęciu, które prezentuję na moim zagubionym w Internecie portalu www.wobiektywie2008.republika.pl. Ten ceglasty mur pamiętający jeszcze czasy bitewnej zawieruchy na dziedzińcu fabrycznym Huty Katarzyna (1905 roku) oddzielał teren dawnej Huty Katarzyna i stożkową, białą niczym śnieg hałdę katarzyńską od ulicy Szewczyka. Prawdopodobnie ta ulica w okresie II Rzeczpospolitej nazywała się „Perla”. Bardzo Szanowna Panią przepraszam, ale jestem w ogromnym kłopocie, gdyż nie posiadam starych planów, a z ulicami Perla i Staszica związany jest niezwykle ciekawy epizod żołnierzy Armii Krajowej z okresu okupacji niemieckiej. Bardzo zresztą tragiczny, którego nie mogę opisać, gdyż nie jestem pewny w 100% co do jej lokalizacji.
Z tą ulicą i okolicą, idąc jednak trochę dalej i głębiej w jej „czeluście”, jestem ogromnie związany uczuciowo.
Bowiem w malutkich przytulonych do ziemi domkach abisyńskich mieszkało wielu moich znajomych i kolegów. Wyjątkowo przyzwoitych i porządnych Polaków. Zresztą mieszkańcy tej części Konstantynowa to moi parafianie z malutkiego kościółka ( zresztą dawne też pomieszczenia piwiarne hr. Renarda), który się jeszcze zachował nad rzeką Czarną Przemszą, tuż, tuż przy Placu Kościuszki. Na tym malutkim skrawku ziemi urodził się i mieszkał też przez wiele, wiele lat jeden z najprzystojniejszych i najinteligentniejszych dziennikarzy „Wiadomości Zagłębia” i telewizji Katowice – I.W. Igor był też doskonałym siatkarzem „Czarni” Sosnowiec. Zawsze wspominam Go z ogromnym wzruszeniem. W jednym z tych uroczych malutkich abisyńskich domków mieszkała też bardzo bliska przyjaciółka mojej mamy – też jak mama nauczycielka; w okresie okupacji niemieckiej też prowadziła tajne konspiracyjne nauczanie polskich dzieci).
Szanowna Pani Kasiu z tego co wiem, to jedyna najbliższa w okolicy szkoła podstawowa mieściła się na końcu ul. Staszica – Szkoła Podstawowa nr 16 (pogranicze z Środulą; tam uczyła też moja mama i dwie moje ciocie; ale to już tragiczna historia powojenna, po 1945 roku), trochę bliżej było Liceum ogólnokształcące TPD.
Jedyna przychodnia zdrowia (zabudowa ceglasta [też zabytek ! ] w tej okolicy mieściła się tuż , tuż przy ostatnich ceglastych budynkach Osiedla Katarzyna, przy ul. Staszica (obok dawnego kortu tenisowego i boiska do siatkówki; na tym boisku rozpoczynałem gdzieś pod koniec lat 40. XX wieku moje sportowe boje). Trochę dalej (około 400 – 600 m), też przy ul. Staszica, była jedyna w tej okolicy apteka.
Bardzo serdecznie przepraszam, ale budynku nr 4 przy ul. Szewczyka nie kojarzę na odległość, gdyż od prawie 50 lat mieszkam już w Katowicach. Ponieważ jednak tęsknota do rodzinnych stron nie zna granic, to postaram się udzielić bardziej szczegółowej informacji w najbliższych tygodniach, gdy tylko odwiedzę mój Sosnowiec.
Bardzo serdecznie Szanowną Panią pozdrawiam.
Janusz Maszczyk | 2009-06-18 18:01:02
W uzupełnieniu komentarza o korcie tenisowym i boisku do siatkówki przy Osiedlu Mieszkaniowym Katarzyna.
Przypominam sobie, że gdzieś pod 1948 lub na początku 1949 roku oprócz treningów i gry w koszykówkę w KS.”Stal” – Sosnowiec ( była to filia koszykówki „Stali” Sosnowiec, która mieściła się przy Hucie Sosnowiec; autor posiada oryginalne z nadrukiem firmowym dokumenty), rozpocząłem też treningi i grę w siatkówkę na boisku przy Osiedlu Mieszkaniowym Katarzyna. Ten wyczyn sportowy traktowałem jednak jako uzupełnienie sprawności fizycznej (głównie skoczność) jaka była niezbędna do gry w koszykówkę. Niestety dzisiaj już nie pamiętam pełno brzmiącej nazwy tego klubu sportowego. W tym okresie był to jednak klub zaledwie jednosekcyjny. Administracja tej fabrycznej sekcji i szatnie dla zawodników mieściły się w dawnym harcerskim lokalu, tuż, tuż przy końcowych budynkach Osiedla Katarzyna, od strony Konstantynowa (budynek stoi do dzisiaj). Początkowo te lokale, w malutkim podłużnym osiedlowym budyneczku, użytkowaliśmy wspólnie z 25 drużyną ZHP. Ta fantastyczna katarzyńska harcerska drużyna została jednak już całkowicie unicestwiona pod koniec 1949 roku. Podobnie zresztą jak inne harcerskie drużyny w Polsce oparte jeszcze wówczas organizacyjnie na wzorcach II Rzeczpospolitej. W ich miejsce powstała komunistyczna organizacja młodzieżowa Związek Młodzieży Polskiej (ZMP). Ta nowa organizacja miała jednak tyle wspólnego z patriotyczno – narodowym nurtem wychowania młodzieży polskiej, co stosowane w szkolnictwie „nowoczesne” metody i wzorce makarenowskie. Losy harcerzy potoczyły się różnie, jedni zaprzestali całkowicie z dalszej harcerskiej działalności, ale znałem też takich osobników, którzy podjęli pokrętną grę polityczną z ówczesnymi władzami PRL i całkowicie odeszli od swych młodzieńczych patriotycznych ideałów. Ale ta historia to wymaga już odrębnego komentarza.
To siatkarskie, klepiskowe boisko, usytuowane było, przy ul. Staszica, obok eleganckiego niegdyś osiedlowego kortu tenisowego oraz tuż, tuż obok jedynej w tej okolicy Przychodni Lekarskiej (budynek ceglasty stoi do dzisiaj). Dzisiaj zdemolowane i całkowicie niemal zarosłe trawą straszy już tylko swym wyglądem i zaniedbaniem mieszkańców tej dzielnicy Sosnowca. Z tego klubu sportowego niestety zapamiętałem tylko jedne, jedyne nazwisko mojego serdecznego kiedyś przyjaciela i zawodnika tej sekcji wyczynowej Roberta Glika. Mimo usilnych starań, ku mej rozpaczy, nie mogę jednak nawiązać z nim kontaktu. Mieszkał wówczas podobnie jak moja babcia też w jednym z budynków Osiedla Katarzyna. Niestety inne nazwiska zawodników już wyparowały z mego starczego mózgu.
Tam na klepiskowym boisku poznałem też kochanego i fantastycznego trenera tej sekcji Szanownego Pana Tadeusza Jakubskiego. Człowieka ogromnie kulturalnego i kontaktowego z innymi. Przypominam sobie, że ten nietuzinkowy trener przybył do Sosnowca z jakiegoś innego odległego miasta. Był kontraktowym nauczycielem wychowania fizycznego w jednaj z sosnowieckich szkół, świeżo „upieczonym” absolwentem Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego (której ?). W tamtych Katarzyńskich latach jeszcze sam był sprawnym siatkarzem, namiętnie zresztą rozkochanym w tej dyscyplinie sportu. W późniejszych latach, gdzieś około 1960 roku, zorganizował od podstaw pod patronatem Międzyszkolnego Klubu Sportowego (MKS) grupę młodziutkich, ale już niezwykle sprawnych i skutecznych w grze siatkarskiej uczniów. Początkowo ten pozbierany i „posklejany” z sosnowieckich szkół zespół trenował w sali gimnastycznej przyklejonej do budynku Szkoły Podstawowej nr 22 im. Anieli Urbanowicz w Sosnowcu ( szkoła jest usytuowana na tyłach dzisiejszego sosnowieckiego Ratusza). Kilkakrotnie wtedy też z tymi młodymi graczami grałem towarzysko w tej sali gimnastycznej. Ze względu na znaczną różnicę wieku, duże już doświadczenie sportowe i znakomitą skoczność, znacznie ich wówczas w grze siatkarskiej przewyższałem. Nie przypuszczałem jednak wtedy absolutnie, że ci młodzi chłopcy kiedyś stworzą w Sosnowcu zalążek pierwszoligowej siatkarskiej drużyny. Ten siatkarski zespół w rozgrywkach międzyszkolnych, pod batutą trenerską Szanownego Pana mgr Tadeusza Jakubskiego odnosił tak duże sukcesy, że został wchłonięty przez Milowicki „Płomień”. Kilku z jego wychowanków, między innymi znany też dzisiaj trener kadry narodowej, grali właśnie w KS. „Płomień” w Sosnowcu i to w latach, gdy ten klub osiągał największe sukcesy w Kraju i za granicą.
Dlaczego jednak o tym moim fantastycznym trenerze, a późnie trenerze z MKS Sosnowiec, dzisiaj wspominam ? Ano dlaczego ? Jest mi bowiem jako wieloletniemu sportowcowi, a później trenerowi, ogromnie smutno, że ci jego wychowankowie zupełnie o Nim zapomnieli ! Dlaczego byli jego wychowankowie, a szczególnie były trener kadry narodowej mimo, iż wielokrotnie gościli w telewizji, to nigdy nie wspomnieli komu faktycznie zawdzięczają swą sławę i sportową karierę ? Dlaczego ? Chyba na ten jedyny gest szlachetności i sentymentu, ten zapomniany dzisiaj w Sosnowcu trener, całkowicie sobie zasłużył ?
Gość | 2009-06-28 22:48:08
panie januszu prosze o wiecej
kalinka | 2009-07-12 16:52:54
A ja chciałabym przekazać wyrazy szacunku dla Pana Janusza Maszczyka za wspaniałą polemikę na tym portalu. Pana wypowiedzi czyta się z ogromną przyjemnością i można się dużo od Pana nauczyć. Powtarzam wiadomość w różnych zakładkach tego portalu, ponieważ nie wiem, którą z nich Pan odwiedzi. Serdecznie pozdrawiam

Justyna | 2009-07-24 23:35:25
Panie Januszu jestem pod ogromnym wrażeniem Pańskiej wiedzy, a przede wszystkim sposobie jej przekazania. Pańskie komentarze czytam z zaciekawieniem, a opisy są tak wspaniałe, że przy mojej wyobraźni, automatycznie znajduję się w miejscach o których Pan tak pięknie mówi...
Gość | 2009-07-30 13:17:33
dzien dobry. czy ktos z Panstwa moglby napisac obszerniej o obecnej ul. Żytniej na Pogoni, a zwłaszcza o historii budynkow nr 8,10,12 ?
rafał | 2009-08-02 00:42:34
Mam pytanie. W których budynkach za czasów II wojny mieściły sie władze okupacyjne? Znalazłem informacje, jedna z siedzib gestapo była na ulicy Żytniej8 Co w takim razie było w dzisiejszym budynku komendy policji i budynku sądu? Z góry dziękuję za pomoc.
Janusz Maszczyk | 2009-08-03 21:01:43
Bardzo przepraszam, że nie jestem w stanie bardzo precyzyjnie odpowiedzieć na zadane pytania. Przynajmniej już teraz, z oddali z Katowic, gdyż nie kojarzę na Pogoni numerów podanych domów. Odnośnie siedziby sądu i dawnego budynku przedwojennej komendy policji też nie posiadam ścisłych informacji. Odnośnie pytania w których budynkach za czasów II wojny światowej mieściły się władze okupacyjne – patrz niżej.
W dalszym komentarzu użyje skrótów myślowych, gdyż temat jest zbyt obszerny i skomplikowany.
Sosnowiec, podobnie jak Zagłębie Dąbrowskie i Górny Śląsk w okresie okupacji niemieckiej wchodziły w skład III Rzeszy Niemieckiej. Wprawdzie okupacyjne władze niemieckie przywróciły jak przed Powstaniami Śląskimi dawną granicę na rzece Brynicy, ale jako tylko typu policyjnego. Nie posiadała więc w pełni charakteru restrykcyjnego. W kursujących jednak tramwajach pomiędzy Sosnowcem a Katowicami były wagony, ściśle tylko zarezerwowane dla rasy niemieckich panów. Informowały o tym specjalne napisy i tabliczki: „NUR FUR DEUTSCH” ( Tylko dla Niemców). Na terenach wcielonych do III Rzeszy okupant skupił ogromne siły represyjne. Jeszcze tylko jedno istotne wyjaśnienie używając skrótów myślowych. O ile w Sosnowcu na ulicach jeszcze „czuło” się polskość, to na Górnym Śląsku każdy nawet najdrobniejszy przejaw polskości był totalnie i brutalnie zaraz w zarodku likwidowany. Ksiądz wyznania rzymsko-katolickiego, z rodziny mojej żony, który w Świętochłowicach tylko wysłuchał spowiedzi w języku polskim i udzielił błogosławieństwa, został natychmiast w wyniku donosu aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Podaję skróty myślowe.
W Sosnowcu w skład niemieckich sił zbrojnych wchodziły: małe oddziały wojskowe, tzw. pułki strzelców krajowych – Landesschutzen (głównie skupione przy pilnowaniu jeńców alianckich, n.p.: w Klimontowie) i SS, policji (Schupo-Schutzpolizei; stan osobowy = 517), żandarmerii, organizacje paramilitarne (kilku członków z tej organizacji mieszkało przy Pl.Kościuszki) do pomocy policji oraz tajna policja Gestapo i Kripo, i ich bardzo liczni agenci. Używając skrótów myślowych – agentem mógł być dosłownie każdy……….W Sosnowcu podobnie jak w Katowicach i Gliwicach istniało t.zw. Prezydium Policji. Policja podporządkowana była władzom administracyjnym – na jej czele był Nadprezydent Prowincji Górnego Śląska w Katowicach. Istniał też batalion specjalny - Szkoła Konna Policji (patrz mój komentarz w portalu Sz.P. K.Ligęzy – „Park Schoena”). Była też kompania policji rezerwowej w Maczkach – Einsatz-K-do-Rurik, jej stan wynosił 115 policjantów, doskonale przygotowanych do akcji zbrojnych wobec Polaków. Mundurowi Niemcy stacjonowali też w wielu szkołach, np.: w SP nr 16 na Środuli, SP nr 9 przy ul. 3 Maja („Aleksandryjska), itd.,itd.
Niemiecki okupant rozlokowany był w Sosnowcu niemal wszędzie. Dosłownie prawie wszędzie. Proszę uprzejmie jeszcze wziąć pod uwagę niezmiernie ważny aspekt. A mianowicie. Dawne sosnowieckie ulice i dosłownie wszystkie zabudowania, o publicznych to już nawet nie wspominam, stanowiły wówczas jeden wielki prawie niekończący się ciąg ogrodzonych budynków i krzyżujących się uliczek, przez cały niemal dzień dozorowane, a w porze nocnej specjalnie, od 22,00 zamykane na kłodę !!! Oczywiście dotyczy to pojedynczych i zespolonych budynków ( w tym osiedlowych), a nie ulic ! Klucz posiadał tylko stróż !?
Wszyscy Niemcy i Folksdojcze posiadali w mieszkaniach telefony i otrzymali też broń krótką (niektórzy nawet t.zw.”długą”). Przy najmniejszym nawet incydencie, sprzecznym z okupacyjnym restrykcyjnym prawem, o strzelaninie to już nawet nie wspominam, wszyscy posiadacze telefonów zobowiązani byli natychmiast powiadomić policję lub Gestapo. Nie powiadomienie było surowo karalne. Przy Pl. Kościuszki broń posiadali nawet Ukraińcy i korzystali z niej ostrzeliwując uciekających Polaków (ale to już dłuższy temat). Oczywiście, że niektórzy Niemcy też ( sam to widziałem).
Telefony i broń była też w każdej portierni fabrycznej, nawet w malutkim zakładzie pracy (policja specjalna – Werkschutz), na poczcie (policja specjalna – Postschutz) nawet w szpitalach i domkach dróżników (policja specjalna – Bahnschutz), a tych wtedy, dosłownie tylko na trasie Pl. Kościuszki - Plac Schoena było co najmniej kilka. Przy samym tylko Pl. Kościuszki, nawet w mojej klatce schodowej mieszkali Niemcy i Folksdojcze, a tylko jednostki - to Polacy. Ale w okresie wojny to też potencjalne zagrożenie ! Groźny był nawet każdy stróż, a było ich tysiące, gdyż mógł być szpiclem Gestapo, a tacy też niestety byli.
Ucieczka więc ulicami po wykonaniu zadania dywersyjnego, gdy jeszcze doszło do strzelaniny, była niesłychanie trudna, wręcz nawet skomplikowana. Sam tylko Plac Kościuszki stanowił skupisko – „WŁADZY OKUPACYJNEJ”. Absolutnie tym ostatnim stwierdzeniem nie przesadzam. A podobnych skupisk w Sosnowcu było wiele.
Przechodząc jednak do konkretów widzianych teraz z daleka – z Katowic.
Stojąca ładna willa po lewej stronie Domu Kultury „Górnik” ( dzisiaj przejęta przez uczelnię; jaką ?) ) była dosłownie tylko jedną z wielu placówek Gestapo w Sosnowcu; placówka jedno lub dwuosobowa ( w zależności od aresztantów) mieściła się nawet w Hucie Hulczyńskiego, obok Pl. Kościuszki. Ta przy DK.”Górnik” to zamiejscowa placówka katowickiej centrali Gestapo (Staatspoleileitstelle). Ściany i podłogi tej willi przesiąknięte są łzami rozpaczy i polską krwią. W trakcie przesłuchań jakich dokonywało Gestapo w wymienionej willi wielu Polaków z Sosnowca, Zagłębia Dąbrowskiego, po prostu zakatowano. Dantejskie wprost sceny rozgrywały się też na tyłach DK.”Górnik” w sali gimnastycznej. Tam oprawcy z Gestapo wydobywali z polskich więźniów zeznania stosując niezwykle wyrafinowane „ćwiczenia gimnastyczne”. W tej strasznej sali gimnastycznej grałem w koszykówkę wyczynową w GKS „Zagłębie”, w latach 60. XX w. – ale autor o tym wówczas absolutnie nie wiedział, gdyż z przyczyn moralnych odmówiłbym wszelkiej sportowej współpracy.
W budynku róg ulic: Teatralna i J. Piłsudskiego w czasie okupacji było prawdopodobnie Prezydium Policji, oczywiście niemieckiej. Ale nie jestem tego pewny w 100%. To nie było zresztą nigdy przedmiotem mojego szczególnego zainteresowania. Natomiast rodzina moja z pewnych względów raczej unikała kontaktów z innymi i to jeszcze w okolicy, gdzie mieściły się ośrodki represyjne.
W obecnym gmachu sądu, w czasie okupacji niemieckiej mieścił się niemiecki sąd. Czy dosłownie tylko niemiecki sąd ? Ten gmach pełnił też istotną funkcję w zakresie represji wobec Polaków i przypuszczam, że był też powiązany z funkcjonującym obok więzieniem (więcej na ten temat patrz mój komentarz – portal: SonowiecFakty.pl, rubryka: „Niemieckie obozy na terenie Sosnowca”).
I już na zakończenie.
Pragnę zwrócić uwagę na bardzo istotną sprawę, aby wszelkich moich powyższych wypowiedzi jednak nie generalizować. Bowiem w okresie okupacji niemieckiej zdarzały się nieprawdopodobne przypadki, gdyż spotykało się również przyzwoitych Niemców i Folksdojczów. Oczywiści, że takie przypadki były dosłownie tylko pojedyncze. Również nie wszyscy dosłownie Polacy z mojego Placu Kościuszki zachowywali się wtedy godnie i przyzwoicie. Z drugiej jednak strony nie możemy absolutnie drogą statystyki porównywać niemieckich KATÓW i ich polskie ofiary, gdyż to byłaby paranoja. Są to zresztą zagadnienia tak niezmiernie złożone, że nie sposób ich wyjaśnić w tym krótkim komentarzu. Z tego co wiem to przy ul. Przechodniej nr 5 na Pogoni schronienie żołnierzom z Oddziału Rozpoznawczego 23 DP Armii Krajowej udzieliła kobieta, która była Folksdojczem (patrz więcej, mój komentarz w portalu Sz.P. K.Ligęzy „Tablica przy ul. Przechodniej”). Również moja mama parająca się konspiracją jeszcze dodatkowo tajnie organizowała wysyłkę paczek z żywnością do niemieckich oflagów, gdzie byli uwięzieni oficerowie Wojska Polskiego. Byłem osobistym świadkiem jak mama zabierała takie paczki, które przygotowała rodzina niemiecka, która mieszkała przy ulicy Będzińskiej (ten budynek już dzisiaj nie istnieje). To byli też przyzwoici Niemcy.
Janusz Maszczyk | 2009-08-05 11:06:23
Obawiam się, że w powyższym felietonie zastosowałem zbyt duże uproszczenia i skróty myślowe, co dla niektórych, szczególnie ludzi młodych mogą być niezbyt czytelne. Jeden bowiem z internautów, co intuicyjnie tylko wyczuwam jest chyba człowiekiem młodym, stąd trudno od Niego wymagać by poruszał się swobodnie w tamtej odległej już tematyce. Pozwalam więc sobie na drobne uzupełnienie powyższego komentarza.
Sosnowiecka placówka tajnej policji Gestapo w okresie okupacji niemieckiej nie była pod względem organizacyjnym jednostką całkowicie samodzielną. Centrala Gestapo - Staatspolizeileitstelle – mieściła się w Katowicach. Ostatnim szefem katowickiej centrali gestapo był oberstrumbanfuhrer dr Johannes Thummler (od wrzesnia 1943 – stycznia 1945). Pod katowicką centralę podlegało dziewięć zamiejscowych placówek w następujących miastach: Sosnowcu, Chorzowie, Bytomiu, Gliwicach, Pszczynie, Rybniku, Tarnowskich Górach, Zabrzu i Cieszynie. Te z kolei dzieliły się na jeszcze mniejsze jednostki organizacyjne w każdym wymienionym mieście.
Od starszego już ode mnie Sosnowiczanina słyszałem, że nawet w budynku, gdzie mieści się dzisiaj apteka ( skrzyżowanie ulic gen. S. Grota Roweckiego i al.M. Mireckiego) była też komórka gdzie mieściło się Gestapo (ilu ?) i formacja SS (ilu ?).
Mój z kolei rodzony brat opowiadał mi, że nasz bardzo dobry znajomy (niestety już nie żyje) przeszedł przez potworne śledcze piekło w placówce Gestapo przy ul. Żytniej. Zastosowane diabelskie tortury były tak nieprawdopodobne, że doprowadziły Go do trwałego kalectwa.
Wielka szkoda, że sosnowieccy historyce, podobnie jak okres Powstania Styczniowego, zaniedbują w dociekaniu faktów i nie korzystają z bezpośrednich wiadomości od osób starszych, które jeszcze żyją i znają z własnej autopsji okres okupacji niemieckiej w Sosnowcu, a nawet przeszli przez gestapowskie piekło przesłuchań. Oczywiści, że i te informacje wymagają skonfrontowania, gdyż każde osobiste relacje mają charakter subiektywny i mogą być obciążone błędnym.
Serdecznie pozdrawiam.
Janusz Maszczyk | 2009-08-05 11:12:24
Oczywiści w końcówce zakradł się błąd.
Winno być.
….mogą być obciążone błędem.
Serdecznie przepraszm.